„ivre comme un Polonais” = „pijany jak Polak” ???

Witam,

   We Francji mają przysłowie „ivre comme un Polonais” co oznacza „pijany jak Polak”. Powstaje pytanie czy to przysłowie ma oddźwięk negatywny czy pozytywny i ewentualnie jaka jest historia jego powstania.

   Znalazłem dwa artykuły na ten temat, oczywiście w google jest to wytłumaczone, ale artykuliki te są raczej nieznane, które podchodzą w dwojaki sposób do tego przysłowia. Pierwszy anonimowy został napisany w 1930 r., natomiast drugi z 1978 r. napisał znany historyk napoleonista Waldemar Łysiak.

   Jako zdjęcie wstępne – etykietka brandy Napoleon.

ZYGZAKI „PIJANY JAK POLAK” – 1930 r.

   Znane jest przysłowie francuskie, które powstało za czasów napoleońskich jeszcze, a które brzmi „ivre comme un Polonais”. Nie jest ono zbyt pochlebne dla nas, a w rzeczywistości nie odpowiada nawet prawdzie. Polak lubi się napić, – ale o ile nie jest nałogowcem – nie często. Ale to jeszcze nie jest pijaństwo!

   Natomiast ciekawe jest, że naród, który to przysłowie wymyślił i który je często zastosowuje, jest właściwie narodem pijackim. Francuz konsumuje niezliczoną ilość najrozmaitszych trunków. Przedewszystkiem używanie wina do wszelkich posiłków jest już pokaźną pozycją pijacką, gdyż Polacy używają najczęściej wody. Pozatem Francuz przez cały dzień popija najrozmaitsze aperitify, posiadające wprawdzie nieduży procent alkoholu, ale przy zmieszaniu kilku z nich posiadające pewną siłę.

   Nie wspominam tu o cocktailach i vermouthach, gdyż używają ich w Paryżu przeważnie cudzoziemcy, np. Anglicy i Amerykanie, którzy nie mogą żyć bez kilku cocktailów dziennie. Francuzi mają jednak w zamian jeszcze miły zwyczaj picia czarnej kawy z „infusions” najrozmaitszych gatunków likierów. Typem Francuza jest mężczyzna o czerwonych policzkach. istotnie, trudno w Paryżu tego nie zauważyć. A czerwoność tę wywołuje wieczny stan alkoholiczny.

   O ile więc Polak upija się rzadziej, ale za to dokumentnie i wtedy jest „ivre”, o tyle Francuz popija przez cały dzień i jest wciąż podchmielony „grise”. należałoby więc dla sprawiedliwości obok przysłowia „ivre comme un Polonais” postawić drugie: „grise comme un Francais”. (W)

Napoleon-Jacques-Louis_David_charlottenburg-versionNapoleon przekraczający przełęcz świętego Bernarda w 1800 roku. mal. Jacques-Louis David

PROBLEM MONOPOLEOŃSKI, CZYLI BONAPARTE, A SPRAWA WYBOROWA – 1978 r.

   Znakomity nasz (tu mam kłopot, bo nie wiem w jakiej kolejności ustawić) plastyk, satyryk, pisarz, publicysta, przewyborny znawca i popularyzator historii i militariów, słowem jeden z gigantów naszego życia kulturalnego i  od lat paru ogromnie „częstotliwy” gwiazdor szklanego ekranu, Szymon Kobyliński, zawezwał mnie ostatnio „do tablicy” (do czego ma pełne prawo) i jak to przy tablicy bywa, zadał pytanie. A że uczynił to publicznie, na łamach  prasy, tedy na owych łamach (oj, niejeden już się złamał!) godzi mi się udzielić odpowiedzi z 1962 koniak napoleoński 350nadzieją, rzecz  prosta, na dobry stopień. Czynię to na swoim „poletku z bykiem”, albowiem – o czym moi czytelnicy wiedzą  dobrze – chociaż „popełniam” często w różnych tygodnikach, niezmiennie „Stolicę” traktuję jako swój matecznik,  czyli „gniazdo  rodowe” alis podstawową platformę wypowiedzi w najważniejszych i najbardziej interesujących  sprawach. Ta, o której poniżej najważniejsza może nie jest, za to bardzo interesująca i na czasie, wziąwszy pod  uwagę obecną namiętną kampanię antyalkoholową.

   Zacznę od tego, że w ogóle mam ostatnio u Szymona Kobylińskiego tzw. dobrą prasę, co jest o tyle rzeczą ciekawą, iż w naszym kraju „dobrą prasę” mają na ogół tylko umarli (a więc już nieszkodliwi, wymykający się spod dobrodziejstw tego, co Melchior Wańkowicz uznał za podstawową polską przywarę i nazwał „bezinteresowną  zawiścią”). Żywi żywym kadzą z reguły wtedy, jeśli są z nimi w bliskich, podlanych wodą ognistą, związkach „układowych”.  Pan Kobyliński zaś ani mi brat, ani swat, niczego ode mnie nie chce, za nic się nie „wypłaca”, nie należymy do  żadnej wspólnej „mafii” ni „klanu”, ba, nawet się lekko starliśmy niedawno przez odmienne zdanie na temat pomnika Prusa. A napisał kilka ciepłych słów. Dziwak!

   W Polityce z 20 maja przeczytałem w felietonie Kobylińskiego zdania, od których urosłem od razu o kilka centymetrów, w tym takie: „Waldemar Łysiak, chłopię niemal nieletnie, okazuje się, I presume, kimś na kształt  nowego Askenazego”. Przesada gruba, panie Szymonie, i klnę się, że nie żadna fałszywa skromność tu przeze mnie przemawia; rozumiem, iż to ma być podnieta i wskazanie idealnego wzoru do naśladowania. A raczej nie tyle do naśladowania, bo naśladować nie lubię, ile do… Najlepiej ujął to G. B. Shaw: „Ideały są jak gwiazdy. Nie można ich osiągnąć, lecz należy się według nich orientować”.

   W „Kurierze Polskim” z 14-16 lipca, w swoim stałym felietonie „Zdaniem optymisty”, tym razem zatytułowanym „Nasi”, Szymon Kobyliński pisze: „Trzeba by zwrócić się w tej sprawie do Waldemara Łysiaka, wiedzącego o zwycięzcy spod Wagram więcej, niż on sam o sobie wiedział”. W jakiej sprawie? Chodzi o to, by Łysiak „wyjaśnił, czy L’Empereur zaglądał do szklanicy, czy nie zaglądał?”. Łysiak już się podnosi z ławy i gna do tablicy z odpowiedzią.

   A więc po pierwsze, jeśli chodzi o „monopol ognisty”, to stwierdzam, że Napoleon Wielki wódki nie brał do ust. Natomiast czynili to często jego żołnierze (markietanki donosiły beczułki z wódką na pierwszą linię boju i podawały w kieliszkach walczącym junakom – „dla kurażu”). Nie zawsze zresztą wychodziło im to na dobre. Na przykład w Hiszpanii (gdzie pasjami raczono ich zatrutym alkoholem) i w Rosji. Adiutant cesarza, hr. de Sequr, zanotował w swych wspomnieniach z tragicznej kampanii roku 1812: „Sprawozdania lekarzy brzmiały ponuro: w Rosji zamiast wina i koniaku używana jest powszechnie wódka z ziarna pędzona, z domieszką mniej lub więcej odurzających ziół. Owóż młodzi żołnierze nasi, zmożeni głodem i trudami, sądzili, iż zdradziecki ten napój doda im sił; wkrótce jednak, gdy opadło chwilowe podniecenie, wielu spośród nich ciężko zaniemogło”.

   Cóż więc pijał „bóg wojny”? Kawę, lecz nieprawdą jest, że – jak powiadano – 8 do 10 filiżanek dziennie. W rzeczywistości z reguły wypijał 3 filiżanki kawy: po śniadaniu, obiedzie i około godziny 18-ej. A z napojów mocniejszych? Wino, wyłącznie wino, Chambertina lub Clareta (były to jego ulubione gatunki, pozostawał im wierny), nigdy więcej niż pół butelki, rzadko bez wody, najczęściej rozcieńczał. Czasami, gdy był bardzo zmęczony, prosił o szampana.

Bitwa pod SomosierrąAtak polskich szwoleżerów podczas bitwy pod Somosierrą, mal. January Suchodolski

   Tak brzmi odpowiedź na pytanie: „Czy  L’Empereur zaglądał do szklanicy?”, ale to nie koniec. Jeśli już o tym mówimy, to wyjaśnijmy sobie jeszcze coś. We wspomnianym felietonie Szymon Kobyliński pisze: „Tłumaczył mi niedawno pewien Francuz iż zupełnie nie mamy powodu obrażać się o znany zwrot „pijany jak Polak”, gdyż zdanie to wynikło pono od samego Napoleona, który pogardliwie patrzył na swoich lokalnych podkomendnych, tracących  rozeznanie świata już po niewielkiej dawce alkoholu, natomiast szwoleżerowie znad Wisły mogli wytrąbić ile dusza zapragnie, a potem jeszcze zdobyć lekko to lub owo. „Bądźcie tak pijani, jak Polacy! – radził słabszym nacjom Bonaparte”.

   Otóż rzecz się miała nieco inaczej (ów Francuz słyszał, że gdzieś biją dzwony, ale pomieszały mu się kościoły). Cytowane powiedzonko „ivre comme un Polonais” („pijany jak Polak”) urodziło się bezpośrednio po szarży na Somo-Sierrę, którą jeden z generałów Napoleona skomentował następująco: „Trzeba być pijanym, by taki rozkaz wydać, i trzeba być pijanym, by taki rozkaz wykonać!”. Cesarz, kiedy mu o tym doniesiono, odparł: – „Chciałbym, żeby wszyscy moi żołnierze byli tak pijani jak ci Polacy!”.

   Tak więc Bonaparte mówiąc to nie myślał o alkoholizmie, lecz tylko o bohaterstwie Polaków. Co nie zmienia faktu, że dzielni chłopcy z równin Mazowsza, Wielkopolski i Małopolski nie wylewali w Hiszpanii za kołnierz, w efekcie czego właśnie wtedy, w dobie napoleońskiej, na Półwyspie Pirenejskim powstało o nich powiedzonko: „Duatros Polacos quatros grandissinus comedores y bevedores” („Czterech Polaków czterech wielkich żarłoków i opojów”). Od tamtej pory cena alkoholu kilkakrotnie się podniosła, a mimo to liczba cztery przestała być aktualna w tym sensie, że nie zmalała, lecz wzrosła. Cesarz gdyby żył, może by nam wyjaśnił dlaczego.

 Waldemar Łysiak

   Także nie ma się o co obrażać, o ile się zna sens tego przysłowia 🙂 TUTAJ jeszcze podane są także inne wersje pochodzenia tego przysłowia.

(427)

1 comment

Dodaj komentarz