O handlu winem na Węgrzech – 1907 r.

Witam,

   Dzisiaj artykuł z 1907 r. o winnych oszustwach.

   Jako ilustracje widokówki z 1895 r.

O HANDLU WINEM NA WĘGRZECH – 1907 r.

   Tak „Kółka rolnicze”, jak i wiele prywatnych osób pozostaje w ciągłych stosunkach handlowych z kupcami węgierskimi, sądzę przeto, iż nie będzie od rzeczy zwrócić uwagę Czytelników „Przewodnika” na pewne nieznane powszechnie, ciemniejsze strony owego handlu, który niejednemu już dał się uczuć dotkliwie.

   Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że większa część kupiectwa madziarskiego to prawie wyłącznie żydzi, którzy zbankrutowawszy w Galicji, pogolili pejsy, zdjęli jarmurki i hałaty, powędrowali na Węgry i tam poczęli na nowo robić geszefty, naturalnie najczęściej na swoich dawnych ziemiach, to jest mieszkańcach naszego kraju.

   Rozsyłają tysiące cenników, zasypują Was szumnymi reklamami, a w rezultacie ten, który złakomi się na specjały niby węgierskie, otrzymuje towar zły, a częstokroć, ba! prawie zawsze! wezwanie do sądu w Budapeszcie.

   Nie stawi się na terminie w madziarskiej stolicy, to robią z nim krótką sprawę. Zasądzą zaocznie, skażą na wielkie koszty procesowe i ostatecznie przyślą mu egzekutora, który nieraz ostatnią krowinę włościaninowi z obory wyprowadzi, aby tylko nasycić i zaspokoić niesumiennego kupca z poza Karpat. To wszystko sprawia, iż pomiędzy naszym ludem, a nawet inteligencją zaczyna się wyrabiać pewna niechęć i nieufność do Węgrów mimo, że ten sympatyczny i dla nas Polaków bardzo życzliwy naród wcale na to nie zasługuje.

   Dlatego też uważałem za stosowne zabrać głos w tej ważnej sprawie i w szeregu artykułów postaram się o jej wyświetlenie, a zarazem wskażę sposoby, jakich używają nie Węgrzy, lecz grasujący w ich kraju żydzi, aby tylko złowić naszych konsumentów i co roku wyrwać z ich kieszeni parę milionów i śmiać się potem w kułak z ich łatwowierności.

   Z Węgier sprowadza się do Polski owoce, zboże, kukurydzę, nasiona, wino, maszyny rolnicze i tysiące innych jeszcze artykułów, a wszystko naturalnie idzie przez ręce wspomnianych handlarzy, którzy za swoje pośrednictwo każą sobie dobrze płacić, a mało kiedy zadowolą kupującego.

   Celem moich dalszych artykułów będzie wskazanie drogi do ominięcia owych niepotrzebnych wydatków, a zarazem zwrócenie uwagi na wszelkie straty, na jakie narażają się nasi ludzie, pozostający w stosunkach z tym niesumiennym a natrętnym kupiectwem.

Tokay2

O WINIE

   Kraj węgierski słynie ze znakomitego wina, gdyż klimat łagodny pozwala na hodowanie różnych gatunków winogron, z uprawy których żyje tam tysiące ludzi. Ościenne kraje, a między nimi w pierwszym rzędzie Galicja, większą część swojego zapotrzebowania wina pokrywają na Węgrzech, skąd sprowadza się go za miliony. Niestety nie zawsze przesyłka wina, otrzymana z Węgier, zadawala kupującego. Tanie ceny tego towaru u niektórych handlarzy odpowiadają jakości napoju, który wtedy najczęściej bywa sfałszowany, czyli po prostu zrobiony z odwaru rozmaitych roślin i dodatków różnych chemikaliów, szkodliwych wielce dla zdrowia. Dość powiedzieć, że w stolicy Węgier, w Budapeszcie, jest zaledwie kilka handlów i restauracji, gdzie można otrzymać wino dobre, takie, jakie pije każdy wieśniak madziarski, mający swoją własną, bodaj niewielką winnicę. Poza tym we wszystkich prawie szynkach zatruwają się ludzie owymi fabrykatami niesumiennych wytwórców fałszowanego wina.

   W jaki sposób galicyjscy odbiorcy robią znajomości z różnymi szachrajami tego rodzaju, to najlepiej wiedzą kierownicy sklepów „Kółek rolniczych”, ks. proboszcze i w ogóle osoby, zamawiające wina w większej ilości. Zjawia się słodko uśmiechnięty agent, który kiepską, łamaną polszczyzną rozpoczyna atak do kieszeni twojej, zacny czytelniku, i wyliczając wszelkie korzyści, jakie osiągniesz przez wejście w stosunki ze „sławną na cały świat firmą” X. w Budapeszcie, posiadającą olbrzymie winnice w kilku miejscowościach, namówi cię wreszcie tak, że ostatecznie każesz sobie przysłać kilkanaście, czy kilkadziesiąt butelek wina i w parę tygodni otrzymasz paskudztwo, niewarte ani połowy zapłaconej ceny, lub też nie dostaniesz wina zupełnie, lecz w kilka miesięcy zaoczny wyrok peszteńskiego sądu i nakaz egzekucyjny.

Tokay3

   Wypadków takich jest tysiące, a sądy w Budapeszcie są po prostu zasypane sprawami o wino, zawsze i wszędzie niesłusznie wytaczanymi. Jak się to dzieje? Przede wszystkim właściciele winnic nie wysyłają sami agentów do Galicji, a czynią to jedynie kupcy, zwykli handlarze wina, nie posiadający ani jednej siągi pola z gronami, mający natomiast olbrzymie piwnice, służące do przechowywania lub podrabiania większej ilości tego napoju. Handlarze tacy gnieżdżą się najczęściej w tych miejscowościach, gdzie rzeczywiście znajdują się jakieś sławne winnice, tak że nawet ludzie, obeznani cośkolwiek z węgierską wytwórczością, dadzą się – jak to mówią – wziąć na kawał.

   Proszę teraz obliczyć, jaką korzyść ma na przykład „Kółko rolnicze” ze stosunków z takim „właścicielem składu win?” Albo dostaje towar sfałszowany, a więc bez żadnej rzeczywistej wartości, albo też jeżeli trafi przypadkiem na kupca chrześcijanina, co jednak jest prawie wykluczone, to dostanie wino prawdziwe, ale o ileż droższe, niż gdyby można je dostać z pierwszej ręki? Z pewnością przynajmniej o połowę.

   A teraz przechodzę do omówienia kupców, najgorszej kategorii. Są to najzwyklejsi oszuści którym nie obce są kratki sądowe, a wyzyskiwanie ciemnoty naszego ludu i w ogóle naszej jakiejś ociężałości w prowadzeniu interesów jest ich specjalnym rzemiosłem. Znam na przykład taki wypadek: Wójt pewien, prowadzący sklepik w swojej gminie, pobrał u jednej z budapeszteńskich firm wino za 800 koron; spłacał sumiennie swoje raty tak, że po roku, stosownie do umowy, nie był już winien ani halerza. Nagle przychodzi do niego agent, u którego zamawiał towar przed rokiem i powiada: „No! to już jesteśmy w porządku panie wójcie! Spłaciliście wszystko, jak się należy, teraz możemy rozpocząć interes na nowo! A pokażcie no te wszystkie faktury, obrachunki i recepisy!” Gospodarz, niczego się nie domyślając, dał żydkowi wszelkie, jakie miał papiery, a ten schował je do kieszeni, pożegnał się serdecznie i poszedł. W dwa tygodnie otrzymał łatwowierny wójt skargę o zapłacenie 800 koron. l zapłacił je niebożę z procentem, bo co wzięli adwokaci, co kosztowały stemple, egzekucje i licho wie, co jeszcze, toby się wnet drugie 800 koron zebrało. Sąd peszteński wierzył i nie wierzył wywodom wójtowego zastępcy prawnego, ale ostatecznie nie było ani jednego świstka w ręku na potwierdzenie prawdziwości przysięgi gospodarza i skończyło się na tym, że we wszystkich trzech instancjach chłopa zasądzili i blisko tysiąc guldenów jakby w wodę rzucił!

Tokay4

   Albo taki wypadek. Ksiądz proboszcz dostaje nagle jakąś paczkę z Węgier. W środku wino. Równocześnie poczta doręcza rachunek, płatny za trzy miesiące. Pleban przeciera oczy, bo żadnego wina znikąd nie zamawiał, ale musi się szybko zdecydować: albo wziąć wino i zapłacić za nie, albo pozostawić je do dyspozycji nadawcy. W tym ostatnim wypadku sprzedaje kolej paczkę, czy beczkę z winem na licytacji, a ksiądz otrzymuje wkrótce wezwanie do peszteńskiego sądu, naturalnie po węgiersku i nie rozumiejąc z niego ani słowa, udaje się po radę do najbliższego adwokata, który również nie wiele wie, co tam napisane. Po długich szukaniach za tłumaczem, oddaje się wreszcie sprawę jakiemuś adwokatowi w węgierskiej stolicy, ale tymczasem skarżąca firma uzyskała już wyrok na podstawie okazanego przed sądem zamówienia ze sfałszowanym podpisem proboszcza, a po wyroku raz dwa następuje egzekucja i wtedy już płacić trzeba koniecznie, bo inaczej konie i krówki ze stajni wyprowadzą i sprzedadzą za bezcen.

   Takich zdarzeń znam setki i wiem, że na razie nie ma na nie rady. Przeciwdziałać temu bezprawiu będzie mogło dopiero biuro organizującej się „Ligi przemysłowej” polsko-węgierskiej, która to instytucja zajmie się również i pośrednictwem między producentami wina to jest właścicielami winnic na Węgrzech, a galicyjskimi „Kółkami rolniczymi”, sklepami korzennymi i osobami, które będą chciały otrzymać wino prawdziwe po cenie rzeczywistej. Wtedy oszuści, o jakich wspomniałem, będą na próżno kołatali do kieszeni polskich konsumentów – ci potrafią im bowiem wówczas pokazać drzwi, na co też owi panowie zasługują w zupełności.

Budapeszt, Cz. Łukaszkiewicz

Tokay5

Głos z kraju

   Nawiązując do korespondencji w Nr. 30. Przewodnika pod tytułem „Kupiectwo na Węgrzech”, poczytuję sobie za obowiązek sprawę publicznie przytoczyć, aby odstraszyć każdego od natarczywych agentów, jacy się w ostatnich czasach w całej Galicji narzucają.

   Przybył do Sułkowic na pocztę, którą prowadzę, pan obcy i zażądał kartki, przy czym poprosił o pióro i atrament. Napisawszy słów parę, rzecze: Jestem agentem od wina, pan był dla mnie bardzo grzeczny, więc mogę służyć bardzo dobrym winem, mamy winnice w Tallyi itp.

   Odpowiedziałem mu, że potrzebuję wina stołowego, bo staremu kieliszek wina przy objedzie potrzebny, a znając wina z Tallyi podpisałem podaną mi kartkę na beczkę wina za 100 koron płatnych za 6 miesięcy. Ukończywszy urzędowanie na poczcie, poszedłem z tą kartką do tutejszego Towarzystwa kowali, gdzie buchalterowi opowiedziałem o zapisaniu beczki wina i pokazałem mu kartkę. Kiedy dowiedział się, że to firma Rubinstein et Feigl, zaraz przyniósł mi na okaz szklaneczkę wina, mówiąc, że to od niego, że drogie i sprzedać go nie może.

   Skosztowałem, a że wino nie smakowało mi, więc tego samego dnia listem poleconym zwróciłem ową kartkę zamówień firmie, żeby mi nie przysyłała wina, bo go nie przyjmę. Po kilku dnach otrzymuję na powrót kartkę obstalunkową z obszernym listem, że wino dobre będzie itp.

   Właśnie przypadkowo był na poczcie właściciel winnic z Węgier pan możny, któremu opowiedziałem, że od tej firmy żydowskiej wina nie chcę. Przeczytawszy ową kartkę, powiedział mi, że przymusić nikt nie może, tym więcej, że w 24 godzinach unieważniłem obstalunek. Radził podkreślić czerwonym ołówkiem to unieważnienie i odesłać, co też uczyniłem.

   W dwa tygodnie otrzymuję awizo na nadeszłe wino, awizo zwróciłem z dopiskiem do naczelnika stacji, że unieważniłem zamówienie, więc wina nie przyjmę, tym bardziej, że miało być z Tallyi, a nadeszło z Budafok, miało być opłacone, a nadeszło nie opłacone.

   Gdy naczelnik stacji zawiadomił firmę Rubinsteina et Feigla, że wino leży do dyspozycji, Rubinstein tego wina nie odebrał, tylko mnie zaskarżył o 100 koron za wino.

Tokay6

   Z nadeszła skargą pojechałem do adwokata, ten zaraz na wstępie mi powiedział, że z sądami węgierskimi trudna sprawa, że może lepiej by było wziąć wino, ale gdy o winie żydowskim słyszeć nie chciałem, postarał się o adwokata w Budapeszcie, któremu też pełnomocnictwo wystawiłem do zastąpienia mnie na terminie.

   Sprawę przegrałem, niby dlatego, żem urzędowo nie wykazał zrzeczenia się obstalunku. Nadeszło zajęcie, po raz wtóry agent przyjechał i przedstawiał mej żonie, że mój upór nic nie pomoże, że wejdą mi na pensję i na kaucję i że lepiej, by się żona podpisała i ratami spłacała małymi, co żona w mojej nieobecności uczyniła. Zapłacić trzeba było 223 koron oprócz moich poniesionych wydatków. Nie pił i nie jadł i wina nie widział, bo wino Zarząd kolei sprzedał na opłacenie swych wydatków. Tak żyd z Sieniawy wykierował starego pocztmistrza.

   Jeżeli mnie starego, bo 68-mio letniego, potrafił tak wykierować, o ile prędzej ludzi mniej doświadczonych przez nader słodkie słówka wprowadzi taki agent do nieszczęścia!

J. Malicki

(347)

1 comment

  1. P.Polak napisał(a):

    Interesujące świadectwo… ale nie tylko jeśli chodzi o oszustwa. Jak widać często poszukiwano konkretnych win węgierskich i zwracano jednak uwagę na podstawy jakości (a nie tylko procent). I co najciekawsze – wszystko w Galicji – którą jeszcze do niedawna przedstawiano jako najbardziej zacofaną, najbiedniejszą i w ogóle niewartą uwagi. I co ciekawe po wino sięgali nie tylko przedstawiciele najbogatszych warstw! Tego propaganda PRLu nie mogła strawić, więc zostało tylko oczernianie…

    Niestety teksty opisują tylko problemy – a przecież warto zwrócić uwagę na to, że Polacy zaczęli się organizować, aby nie dawać się wykorzystywać. Formy samoorganizacji były jak na te czasy bardzo nowoczesne. Temu służyła również np. oferta zaufanych firm polskich skierowana do Kółek. Specjalne niższe ceny dla budowania kultury wina na wsiach i dla zabezpieczenia przed wyzyskiem najsłabszych – czyż to nie jest piękny (choć wymazany z pamięci) obraz pozytywistycznej pracy organicznej?!

Dodaj komentarz