„Pochwała wina” WOREK JUDASZÓW Józef Łobodowski

Witam,

   Poniżej kolejny felieton Józefa Łobodowskiego Pochwała wina, z cyklu WOREK JUDASZÓW, który ukazał się w emigracyjnym tygodniku Wiadomości, wydanym w Londynie w grudniu 1974 roku.

   Zdjęcie tytułowe podaję za LINK

W O R E K    J U D A S Z Ó W

„Pochwała wina”

   Jednym z dobrodziejstw naszego wspaniałego wieku są nagminne falsyfikacje. Fałsze polityczne i społeczne, fałsze gospodarcze, fałszywe rewolucje, fałszywy postęp, fałszywi ideolodzy i duszpasterze. Dlaczegoż więc wino miałoby być wyjątkiem? W Kanie Galilejskiej stał się cud: Chrystus przemienił wodę w wino i to zacne; współcześni fabrykanci win cudownie rozmnażają ich ilość, co oczywiście powoduje katastrofalny spadek jakości,. Niedawno doszło do wielkiego skandalu we Francji, w związku z wykryciem masowej falsyfikacji win bordoskich. Pisze się o tym tak, jak gdyby chodziło o rewelację. A przecież od dawna wiadomo, że Francja od lat eksportuje więcej butelek Beaujolais, niż produkuje. Więc jakaż tam rewelacja!

   Ostatnio miałem okazję spotkać się z kategoryczną opinią że nikt nie potrafi odróżnić rzetelnego wina od falsyfikatu; im kto się uważa za większego znawcę, tym łatwiej go oszukać, więc ludzie o zdrowych zmysłach „piją wyłącznie ordinery” – tanie i nie sfałszowane. Tak nie jest. Najczęściej fałszuje się wina tańsze i najtańsze. Jeszcze pół biedy, jeśli zmieszają dwa różne gatunki, gorzej, gdy w grę wchodzi chemia. Odróżnić jednak nie trudno, a gdy chodzi o wina wysokogatunkowe – najłatwiej. Jestem tylko amatorem, a nie zawodowym koneserem, ale nikt we mnie nie wmówi że wino algierskie to burgund, albo że np. valdepeñas, zmieszany z garnach równa się takim winom jak Marques de Riscal, albo de Murieta. Tu żadna chemia nie oszuka węchu i podniebienia.

Red Wine Glass N Bottle In Stand

   Najdroższe wino hiszpańskie to Vega Sicilia, pochodzące z winnic w prowincji Valladolid – czerwone, wytrawne, a jeśli jest añejo (stare) i z dobrego rocznika, przekracza piętnaście, szesnaście stopni. A katalońskie Priorato dochodzi po kilku latach do dwudziestu stopni. Dawno nie byłem w Barcelonie, ale przepuszczam że w sklepionych gotyckich bodegach nic się nie zmieniło. Po staremu na każdej pękatej kufie napis kredą, głoszący że to Priorato słodkie, półsłodkie, lub wytrawne, oraz jaką ma moc i z jakiego jest rocznika. Prosto z beczki wino smakuje inaczej niż z butelki.

   Grecy i Rzymianie pijali wino pomieszane na poły z wodą, co uważam za barbarzyństwo i za brak szacunku do wina i do wody. Nie wszyscy dopuszczali się tego świętokradztwa. Jeżeli Rzymianin, zapraszając przyjaciół do siebie na ucztę, zapowiadał, że będzie się Pio na cześć Postumii, wszyscy wiedzieli o co chodzi. Na cześć Postumii znaczyło – samo wino bez domieszki wody. Zakochałem się w Postumii natychmiast, gdy się o tym dowiedziałem.

   W Madrycie nie brakuje restauracji, w których na żądanie podają vino de casa – sprowadzane bezpośrednio z tych samych winnic. Stali klienci mają w tym wypadku gwarancję, że wino nie jest skażone żadną domieszką. Można się zapuścić samochodem do niezbyt oddalonych okolic – trzydzieści, czterdzieści kilometrów – i kupić beczkę wina u chłopów. A chłopi hiszpańscy jeszcze, na szczęście, nie znają się na chmii. Oczywiście trzeba umieć odpowiednio do tego chłopa trafić. Cudzoziemcowi przychodzi to niełatwo, bo pieniądze nie zawsze decydują. Kiedyś, w niewielkim osiedlu rybackim w Asturii, a więc na brzegu orza Kantabryjskiego, piłem wino w zakazanej karczmie. Pomocnik karczmarza, jegomość w sile wieku, dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, zaczął zadawać różne pytania, aż wreszcie zagadną, czy czytałem „Don Kichota”. Odpowiedziałem potakująco. „W takim razie proszę mi powiedzieć, jak miała na imię żona Sancho Panzy!” „Teresa”. Zadziwił się. Po czem zawołał na cały głos do karczmarza: „Manolo! – ten cudzoziemiec wie, jak nazywała się żona Sancha!” „Tak?” To nie bierz od niego za wino. La casa paga! (Na koszt knajpy!). W tej karczmie wino było na pewno autentyczne.

   Gdzie jest ojczyzna winnej latorośli? Różne są na ten temat hipotezy, do mnie przemawia najbardziej wersja kaukaska. W Armenii powstała legenda, według której założycielem pierwszej winnicy był św. Jerzy. Znacie? Na pewno nie znacie, więc posłuchajcie! Święty Jerzy szedł na piechotę do dalekiego miasta, wypadło mu iść przez pustynię. Na jej skraju zobaczył nikłą roślinkę, która przypadła mu do gustu. Ostrożnie wyjął ją z ziemi razem z korzonkami, i schował do obszernego rękawa szaty, żeby nie zwiędła, bo dzień był upalny. W cieniu rękawa roślinka zaczęła się rozwijać i wkrótce wyjrzała na słońce. Święty rozejrzał się i spostrzegł obgryzioną kość ptasią; była jeszcze wilgotna. Wsadził korzenie roślinki do kości i poszedł dalej. Słońce piekło. Po godzinie święty zobaczył świeży piszczel lwa, na którym mięso pożarły szakale. W zetknięciu ze szpikiem lwiej kości roślinka ożywiła się. Ale słońce nadal przypiekało. Następnie św. Jerzy znalazł kość świni i powtórzył operację. Gdy dotarł do celu, zakopał trzy kości – ptasią, lwią i świńską – wraz z roślinką do ziemi. Wyrosła z niej pierwsza łoza winna. To dlatego, gdy człowiek wypije trochę wina, śpiewa radośnie, jak ptak; gdy wypije więcej, staje się odważny jak lew; a gdy pije w dalszym ciągu, zmienia się w świnię.

   Górale dagestańscy mają porzekadło, które łączy się bezpośrednio z opowiedzianą legendą: „Chcesz być wesoły, wypij czarę wina; idziesz na wojnę – wypij dwie; a jak chcesz zmienić się w nieczyste zwierzę, pij dalej”. Według starotestamentowego przekazu, uprawę winnej latorośli i produkcję wina wprowadził patriarcha Noe, który podobno nielicho pociągał, jak pisał pewien frywolny rymotwórca, „wino pijał dzbanem”. Może Ormianom św. Jerzy skojarzył się w jakiś sposób z patriarchą? Watykan orzekł przed kilku laty że św. Jerzy w ogóle nie istniał. A gdzie są dowody, że istniał Noe? Mniejsza o to. Grunt, że wino istniało, istnieje i zawsze będzie istnieć, wbrew wysiłkom zawodowych falsyfikatorów.

   Są koneserzy, którzy, kieliszkismakując wino, potrafią odgadnąć rocznik. Czy to możliwe, czy nie bujda? Sprawa jest prosta. Taki koneser wie na pamięć, które lata dały dobre wino, a kiedy – słabe. Wymienia rocznik trochę na Ola Boga i często trafia. Ale odróżnić burgund od wina bordoskiego, mozelskie od kachetyjskiego, porto od jarezu – to żadna sztuka. A kto nie potrafi, temu wszystko jedno i niech się raczy cienkuszem, sikaczem, ordinerem! Przyjemność połączona z oszczędnością.

   Gdzieś czytałem – za autentyczność informacji nie odpowiadam – że w średniowieczu istniały w południowej Anglii winnice, ale pożytek z nich był niewielki, więc zaniechano dalszej uprawy. Tylko kobiety protestowały, bo musiały wrócić do cerowania pończoch. Rzecz w tym, ze wino angielskie było straszliwie kwaśne, więc wystarczyło nim zalać rozdartą pończochę, aby dziury pod wpływem kwasu ściągnęły się same. Nie wiem, naturalnie, jaki smak miało wino lubelskie, ale chyba nieszczególny, skoro eksperymentu nie powtórzono. Swego czasu winnice pod Lublinem, na południowych zboczach wzgórz, niewątpliwie istniały, dowodem tego jest oryginalny herb: kozioł, czy koza, skacząca na krzew winnej łozy. Nie pamiętam, kiedy ten herb powstał i w tej chwili nie jestem w stanie sprawdzić. Najprawdopodobniej na początku XIV w., gdy stare, od kilkuset lat istniejące grodziszcze otrzymało prawa miejskie (1307). Z tego logiczny wniosek że winnice istniały już w XIII w.

   Podejrzewam że nektar, którym raczyli się bogowie, aby zapewnić sobie nieśmiertelność i wieczną młodość, to było po prostu wino. Delegatem Olimpu do spraw, związanych z uprawą winorośli i produkcji wina był, jak wszyscy wiedza Dionizos-Bachus; dzięki niemu powstał teatr, który wyłonił się z Dionizji, czyli obchodów jemu poświęconych. To dlatego aktorzy wszystkich czasów na ogół nie grzeszyli wstrzemięźliwością; musieli szanować i czcić swego dobrodzieja. Przy zacnym winie.

   Na wielkim obrazie Diego Velazqueza, „Pijący”, albo „Bachus, pijący wino”, bóg jest przedstawiony w postaci dorodnego młodzieńca, obnażonego do pasa, z wieńcem na głowie i czarą w ręku. Po obu stronach kilku chłopców hiszpańskich o typowo iberyjskich twarzach. Wszyscy mają bystre spojrzenia; od razu widać że poznaliby się bez trudu na falsyfikatach. Ale za czasów Velasqueza ludzie byli zbyt przyzwoici, by dopuszczać się zbrodni tak wielkiej.

   W niektórych krajach fałszerzy pieniędzy karano w okrutny sposób: wlewano im roztopione srebro do gardeł. Z fałszerzami win powinno się postępować analogicznie. Wystarczy takiemu lejek do gęby i lać sfałszowane wino aż do skutku. Od razu by się wszystkim odechciało.

   Dzieje kultury śródziemnomorskiej są nieodłącznie związane z winem. Upijać się nim można równie dobrze, jak wódką, czy piwem. Ale znaku równania stawiać nie należy. Wódka nastraja wojowniczo, wino działa łagodniej, a o jego wpływie kulturotwórczym należałoby napisać wszechstronnie opracowane i udokumentowane dzieło, dotychczas nie istniejące. Wydaje mi się że mógłby to najlepiej zrobić ktoś spoza kręgu śródziemnomorskiego, ale świadomie ku niemu grawitujący. Bo śródziemnomorscy już sami dziś nie wiedzą kim są. Uświadomić im mogą ich własną osobowość tylko ci północni i wschodni barbarzyńcy, którzy, mimo wszystkich zdrad i rozczarowań, nastawiają swoje żagle pod podmuchy wiatru, właśnie śródziemnomorskiego.

   In vino veritas. Starożytny jegomość, który ukuł ten zwrot, miał prawdopodobnie na myśli pijacką szczerość, pobudzaną przez działanie wina. Ja bym to zinterpretował inaczej. Nie napisałem nigdy ani jednego wiersza pod bezpośrednim działaniem wina, ale sporo wierszy, chyba nie najgorszych, zawdzięczam stanom, wywołanym przez wino, jeśli je nazajutrz sobie przypomniałem. Poezja zawsze składa winu czułe hołdy, od Horacego poczynając, choć i przed nim można znaleźć to i owo. Średniowieczna poezja perska – Nizami. Omar Chajam, Saadi, Dżelaleddin Rumi, Hafiz – wielbiła, obok kobiet, róż i słowików, również dobre wino. Mimo że w Al-Koranie prorok zabronił pić wino. Perscy poeci nie wzięli, widocznie, tego zakazu do serca, skoro wino nieodmiennie szumiało i perliło się w ich wierszach. Może dlatego że byli Sunnitami, skłóconymi z oficjalną religią szyicką, albo że wyznawali różne odchylenia religijne, jak suffizm i churufizm, potępione i ostro zwalczane przez kalifat.

   W poezji Maurów hiszpańskich, objętej ogólną nazwą Al-Andaluz, wino również zajmuje miejsce niepoślednie, a więc i tam zakazów Koranu nie przestrzegano zbyt ściśle. Czym jest wino? Jak powiada jeden z poetów hiszpańskich, jest „dzieckiem ziemi, zapłodnionej przez słońce”. Wino sfałszowane to, oczywiście, podrzutek, kukułcze jajo, podstępnie włożone do zacnego gniazda. Sowiecki komunizm wychował się na moskiewskiej siwusze, hitleryzm na bawarskim piwie; dyktatury w krajach łacińskich bywają o wiele łagodniejsze, bo wychowane na winie.

   Przy okazji – zabawna anegdota. Gdy wynalazca penicyliny, Alexander Fleming, przyjechał do Hiszpanii, w Jerez de la Frontera zwiedził słynne bodegi i z każdej beczki najstarszych, najszanowniejszych win wypił po jednym kieliszku. Zaniesiono go do hotelu – sztywnego, niczym dębowy drąg. Fleming wyspał się, nazajutrz wrócił do bodegi, poprosił o kawałek kredy i na jednej beczce napisał: „To jest dużo lepsze od penicyliny!”.

   Żyjemy w podłej epoce, w której rozwielmożnił się kult fałszywych bożków, więc bluźniercze ręce targnęły się również na wino. Czy uda się je uratować przed zamachami falsyfikatorów? Ależ, jak już wspomniałem na wstępie, pytanie to nie dotyczy wyłącznie wina. Wystarczy przyjrzeć się, co się dzieje, w literaturze, poezji, muzyce, sztuce.

   Módlmy się do matki Mnemozyny, bogini pamięci, by nam przywróciła tę pamięć i świadomość historyczną! Módlmy się do jej dziewięciu urodziwych córek, Muz, nad źródłami kastalskimi siedzących, oblubienic Apollina, by pomogły nam odnieść tryumf nad fałszerzami, bluźniercami i świętokradcami! Módlmy się do Dionizosa-Bachusa, syna Zeusowego, spłodzonego z wdzięczną śmiertelniczką, królewną tebańską, Semele!

   Powtarzajmy za nieodżałowanym, przedwcześnie zmarłym Tadeuszem Sułkowskim: „Oprócz wina i liści nic tu nie dostaliśmy… Ale liście zielone, ale wino czerwone!”.

Józef Łobodowski

   Do tego artykułu będzie jeszcze komentarz czytelnika.

   Polecam także wcześniejszy felieton Józefa Łobodowskiego „Alkohol jako wyzwolenie”, który zamieszczony jest TUTAJ.

(358)

1 comment

Dodaj komentarz