Z wizytą w winiarni Fukiera w 1874 r.

Witam,

   Dzisiaj relacja z wizyty panów Agapita i Marka wraz z towarzyszącym im radcą w winiarni Fukiera w Warszawie na Starym Mieście, która miała miejsce w 1874 r. Jest to fragment pochodzący z książki Juliana Wieniawskiego ps. Jordan wydanej w 1918 r. Całkiem nieźle 🙂

  Inny mój wpis o Fukierze znajdziesz TUTAJ.

Z WIZYTĄ U FUKIERA – PODZIEMNA BIBLIOTEKA NA STARYM MIEŚCIE

   Na dworze ściemniało się już zupełnie, gdy trzej nasi turyści weszli na Świętojańską ulicę, a potem na rynek Starego Miasta. W starej tej dzielnicy, zabudowanej w czworobok rzędami wyniosłych starych kamienic, o wybiegających w górę dachach i sterczących wieżycach kościołów… w owem sercu dawnej Warszawy… stoi kamienica dwupiętrowa, styl Zygmuntowskiej epoki przypominająca.

   W ciemnej, dość szerokiej sieni wisi tam model okrętu żaglowego, niegdyś zapewne z Gdańska przywiezionego. Okręcik ten, zakurzony i mchem porosły, patrzył już na kilka pokoleń, na wypadków moc straszną… przebył niejedną tam burzę… ale że w powietrzu szybuje, nie strzaskały go gromy i fale, a i czas skruszyć nie zdołał.

   Przez cały dół tej starej, poważnej budowy ciągnie się słynny handel win… Fukiera. Stara to firma, także pozostałość owej dawnej epoki, kiedy najpierwszym majątkiem kupca było imię nieskalane i nieposzlakowana rzetelność. W uczciwej pracy i zamiłowaniu swego zawodu, pędził właściciel tego sklepu żywot spokojny i szczęśliwy, a chlubą jego i celem wszystkich dążeń było utrzymanie renomy piwnicy, której równej na świecie chyba nie znajdzie.

   W obszernych, sklepionych dolnych izbach biegło pod ścianami kilkanaście stołów, stolików i ławek… a wszystkie prawie zajęte przez gości dość już wiekowych; gdy bowiem młódź dzisiejsza lubuje się w czerwonym atramencie i musującej wodzie słodzonej… zwanej szampanem, – dawniejsza jeszcze tylko generacja zachowała zdrowy smak nieskażony, pozostawszy wierną maksymie ojców: „nihil, nisi vinum ungaricum”.

Fukier Stare WinaIlustracja podana za blogiem bliskotokaju.pl

   Widok tej sklepionej sali, o weneckich zakratowanych oknach, – widok poważnych gości, z których każdy w niemym zachwycie pociągał z wolna po kropelce złocistego nektaru… dziwnie na nowoprzybyłych oddziałały. Nie była to winiarnia dzisiejsza… knajpa hałaśliwa, zadymiona, pełna wrzasku i krzyku… szalonych śmiechów i grubych żarcików; była to raczej jakaś aula akademicka… sala posiedzeń ludzi poważnych… głębokich erudytów, rozmyślających o przeszłości i przenoszących się marzeniem w minione epoki, które im wiekowy nektar na pamięć przywodził. Agapit zapomniał zupełnie o świeżo poniesionej stracie… [zgubił powóz – Ł. Cz.]  Markowi figlarna Florcia znikła z oczu… widzieli tylko kilkanaście tu i owdzie stojących po stołach buteleczek, których postać niedzisiejsza i szare brody pewien w nich respekt wzbudzały.

   Radca poszedł przywitać się przede wszystkim z właścicielem handlu, ale go podówczas nie było; zastępował go człowieczek mały, szczupluchny, dość już wiekowy, lecz ruchliwy, czerstwy i uprzejmy – alter ego Fukiera, pan Belke. Po krótkiej konferencyjne pan Belke sam zeszedł do piwnicy i po chwili powrócił, niosąc na tacy pękatą bociankę, z której… jakby sploty dziewicy spływały mchy spleśniałe.

   Z całą ostrożnością rozlano nektar w małe, cieniuchne kieliszeczki, i goście nasi, wraz z amfitryonem radcą, powąchawszy nasamprzód bukiet, którego woń cudne sprawiała sensacye, umaczali usta w płynie, którego smaku żadne pióro profana opisać nie zdoła.

   W milczeniu trzymali przez parę minut starego węgrzyna na języku… dopiero gdy haust tej cieczy lepkiej a nie gęstej, wytrawnej choć dziwnej słodyczy… popłynął przez gardło, wlewając jakby nowe życie we wnętrze organizmu – Markowi i Agapitowi oczy się zaiskrzyły… błogi uśmiech zadowolenia przebiegł im po ustach, a wyciągnąwszy ręce do radcy, dłonie w jego niemym zachwycie ścisnęli.
– A co? – szepnął radca, jak gdyby bał się przerwać uroczystą powagę tej chwili.
– Delicye, mocibdzieju – odrzekł, wznosząc wzrok w niebo, Agapit.
– Delicye, jak mi Bóg miły – powtórzył tak samo Marek.
– To dla podniebienia – dodał radca, nalewając z wolna drugie kieliszki. – Więcej nad tę jedną buteleczkę wam nie zafunduję, bo to nie na kieszeń urzędnika.
– Ale ja stawiam drugą! – zawołał Marek z zaiskrzonemi oczyma.
– A ja trzecią, mocibdzieju – dodał Agapit promieniejący.
– Hola! hola! moi panowie – odrzekł radca – takiego wina dużo się nie pije, bo jak w miarę użyte jest eliksirem długiego żywota, tak znów nadmiar idzie w nogi, a i żadnej nie robi przyjemności.
– No, ale przynajmniej jedną jeszcze! – błagali dziedzice.
– Dobrze… jedną od was przyjmę – mówił radca – ale trochę później, bo jak tę buteleczkę skończymy, pójdziemy na dół do piwnic Fukiera, a zobaczycie bibliotekę, jakiej drugiej może na świecie nie ujrzy. Panie Belke – dodał, obracając się do dysponenta zakładu – wszak mnie staremu klientowi nie odmówisz łaski i pokażesz nam piwnice. Ci panowie nie dzisiejsi znawcy, to karmazyny co się zowie i potrafią takie wino ocenić.
– A jeśli tak, to i owszem… będę służył.

FukierWiniarnia Fukiera, lata 1935-1939

   W oczekiwaniu więc tej ciekawej wizyty, wysączyli buteleczkę do dna i udali się wszyscy trzej za panem Belke na dół.

   Staruszek szedł naprzód, ze świeczką łojową, osadzoną na dość długim drewnianym patyku, wskazując drogę po krętych schodkach, do owych pieczar wiodących. Dziwna atmosfera chłodu… stęchlizny… powagi wiekowej i uroczystej ciszy wiała stamtąd; – stąpanie przybyłych głuchem odbijało się echem po korytarzach tych lochów, ciągnących się pod całym domem. Zdało ci się, że jesteś w jakimś innym zupełnie świecie… Gwar uliczny nie dolatywał tam już wcale… nie zakłócał spokoju tych mieszkanek podziemia, ustawionych w gromadki na półkach i oczekujących przez lat szeregi na opuszczenie tej spokojnej siedziby.

   Ze czcią oglądali się nasi bohaterowie na stare beczki, stojące rzędami, i na tysiące butelek, których szkła już prawie widać nie było.
– To są wina z czasów Stanisława Augusta – mówił przewodnik, wskazując na gromadkę dobrze omszałych, pękatych bocianek, o długich szyjkach.
– Ślicznie wyrobione! – dodał, nalewając z jednej pół kieliszka, z którego kolejno po kropelce radca i nasi bohaterowie skosztowali.
– Delicye!… delicye… – szeptali smakosze, postępując za panem Belke.
– To są wina z czasów saskich – mówił ten ostatni po chwili wyciągając z głębi półki większą nieco, jeszcze bardziej omszałą butelkę. – Bukiet znakomity! – dodał, nalewając półkieliszek.
– Znakomity! znakomity! – powtórzyli cicho zachwyceni goście, lubując się i zapachem i smakiem. – Kolor już znacznie ciemniejszy… rubinowy… a i obręcz grubsza – szeptali smakosze między sobą, oglądając nektar pod światło.
– Aa… już to że skarby, to skarby, mocibdzieju – wtórował tak samo Agapit.
– Ale teraz pokażę panom coś ciekawego!… – mówił, prostując się z dumą, pan Belke i idąc z wolna w głąb lochu, gdzie w samym kącie półki stały dwie liczne gromadki brodatych staruszek… jakby potwornych gnomów. – To są wina z czasów Stefana Batorego… te z piwnic kanclerza Jana Zamoyskiego…
– Zamoyskiego?… – powtórzyli z westchnieniem zdziwieni goście.
– Tak jest – mówił poważnie przewodnik. – Pić już ich samych prawie nie można… ale poprawia się Kamienica_Fukierow_Fuggerhaus_Warschaunimi wina mniej stare. Kilkadziesiąt kropel tego nektaru do buteleczki mniej starej wystarcza. Przekonacie się panowie – dodał, wlewając kilkanaście kropel płynu gęstego i prawie jak atrament czarnego… pod światło jednak błyszczał najpiękniejszym ogniem rubinów.

   Z butelki uderzyła woń tak silna, że całą prawie piwnicę napełniła. Czy to skutkiem chwilowego odurzenia, czy też obudzonej czci na wspomnienie świetnej w historyi naszej epoki, Agapit mimowoli zdjął cylinder z głowy, Marek, na wpół bezwiednie, uczynił to samo, a radca, dumny ze skarbów, jakie im pokazał, stał z boku, rozkoszując się tym widokiem wywołanego wrażenia.

   Po kropelce tego eliksiru skosztowali bohaterowie nasi, a pragnąc delektować się nią jak najdłużej, w milczeniu tylko, ale z najwyższą wdzięcznością, uściskali dłonie poczciwego przewodnika. Jak po wysłuchaniu najpiękniejszej prelekcyi, zadumani… zachwyceni… poważni i dziwnie spokojni na duszy, wracali cicho i ostrożnie między szeregami staruszek… między rzędami opleśniałych antałków… jak gdyby przerwać się bali uroczystą ciszę tego podziemnego królestwa i błogi spokój mieszkańców. Dopiero gdy się na powrót w sklepie znaleźli, rzucili się na szyję radcy, okrywając go pocałunkami za ten piękny spektakl, za tę wzniosłą ucztę, którą jemu jedynie zawdzięczali.

   Przy drugiej, starszej jeszcze buteleczce, powrócił już Agapitowi lepszy humor… wstąpiła weń nadzieja odnalezienia zguby. Dotychczasowe zwątpienie ustąpiło miejsca wesołości, a gdy Marek powtórzył jeszcze, że ma przeczucie odzyskania straty, Agapit zaraz dodał:
– Wierzę w to i mam nawet pewność! Świat jest taki piękny… tyle w nim skarbów się kryje… ludzie tacy dobrzy… że o kradzież już się wcale nie boję! Prędzej gdzie zbłądził chłop gapa i do domu trafić nie mógł.
– Ale to więcej jak pewno – mówił radca, zabierając się do wyjścia.
– Założyłbym się o głowę, że jutro, a może i dziś jeszcze, będą – dodał Marek, czyniąc toż samo.

   I pod tym przyjemnym wrażeniem wyszli ze sklepu Fukiera, pożegnawszy pana Belkego i radcę serdecznym „do zobaczenia“, i wracając dorożką nocną do hotelu. (…)

Jordan

 

(500)

2 komentarze

  1. gabrielkurczewski napisał(a):

    Bardzo ciekawa relacja, chociaż umieszczona w dziele literackim, to jednak zasługująca na miano dokumentu (Teofil Fukier rzeczywiście miał wspólnika Edwarda Bielke (Bohlke). Ciekawe czy podstawą tej relacji był jakiś rękopis i czy szczęśliwie się zachował? moja uwagę zwraca datowanie najstarszych win na czasy króla Stefana Batorego. Powtarza się ono w kilku publikacjach z II poł. XIX wieku. Od pewnego momentu jednak Fukierowie zaczęli datować swoje najstarsze wina na rok 1606. Czy pozbyli się win „z czasów Batorego” czy zmienili ich datowanie? Na jakiej podstawie określali wiek swoich najstarszych win?

    • Gabriel napisał(a):

      Napisałem poprzedni komentarz przed zapoznaniem się z biogramem Wieniawskiego (1834-1912). W latach 70-tych XIX wieku mieszkał w Warszawie i mógł sam gościć w piwnicach Fukiera.

Dodaj komentarz