Opowieści dziwnej treści – „Jeden kieliszek nie zaszkodzi!…”

Witam,

   Dzisiaj w ramach serii Opowieści Dziwnej Treści nowela nagrodzona na konkursie J. A. Baczewskiego w 1930 roku.

Jeden kieliszek nie zaszkodzi!…

   Od ostatniej stacji jechaliśmy w zupełnej ciemności.

   Konduktor wprawdzie przyrzekł, że przyniesie świeżą żarówkę, ale jakoś widocznie, nie bardzo mu się śpieszyło. Monotonny stukot kół kłócił się z potężnem chrapaniem mego towarzysza podróży, który, obojętny na wszystko, spał jak suseł od kilku dobrych godzin. Obok siedzące indywiduum  w haweloku, ćmiło cygaro, wyjmując je od czasu do czasu z ust najbardziej znudzonym gestem, jaki można sobie wyobrazić, co się teraz, w ciemności, znaczyło wędrówką czerwonego, żarzącego się krążka.

   Jechałem z miasta stołecznego, na wakacje do domu, co może właśnie było przyczyną tego, że tak trudno znieść mi przychodziło długą jednostajność podróży. Czytać nie można było – pozostawała nadzieja pogawędki. Odkaszlnąłem i zwróciłem się w stronę sąsiada.

   – Czy daleko Pan jedzie?

   – Hm! – brzmiała, niezdecydowana odpowiedź.

   – Tak, trochę nieprzyjemnie jechać po ciemku, ale chyba w końcu przyniosą nam żarówkę. Pan z tych stron zapewne?

   – O, hm!

   – Tak, tu latem jest bardzo przyjemnie. Chociaż –

   – Hm! – stwierdził energicznie hawelok i odwrócił się do okna, dając tem do zrozumienia, że temat uważa za wszechstronnie wyczerpany. W tej jednak chwili otworzyły się drzwi, dzielące nasz przedział od sąsiedniego, i w ciemności zamajaczyła niewyraźna sylwetka nowego pasażera. To przedział dla palących? – zapytał szeptem, ażeby nie zbudzić chrapiącego jegomościa. Przybysz był bardzo rozmowny i, zdaje się, dość sympatyczny, jakkolwiek w ciemności nie mogłem rozróżnić rysów jego twarzy. Głos jego wydawał mi się jakiś znajomy, ale przybysz był zachrypnięty i mówił szeptem. Po kilku minutach pogawędki okazało się jedziemy do tej samej stacji. Okazało się również, że od czasu mego ostatniego pobytu w rodzinnem mieście, zmieniło się tam akurat tyle, ile potrzeba, ażeby podtrzymać rozmowę z nieznajomym mi człowiekiem. Po kwadransie byliśmy najlepszymi przyjaciółmi.

   – Panie – rzekł otwierając podręczną walizeczkę – czy pan nie odmówi? O, pierwszorzędny! Koniak. Koniaczek. A może pan woli przepalankę? Jest jeszcze trochę. W istocie, nie rozumiem tego konduktora. Czy będziemy tak siedzieć po ciemku do końca świata. W Ameryce, panie, coś podobnego byłoby nie do pomyślenia. Ale nasz porządki!

   – Tak, tak obowiązuje prohibicja – odezwał się zjadliwie hawelok.

   – A, pan nie śpi – zdziwił się sympatyczny właściciel drogocennych płynów.

   – Prosimy bardzo, prosimy.

   – Koniak? warknął ponuro hawelok.

   – A jakże, koniak, koniaczek. O, pierwszorzędny. Panowie wybaczą, że z jednego kubka, ale nie byłem przygotowany.

   – Dobre. – Skonstatował hawelok łagodniejszym głosem i zaraz zapadł w zwykłe swoje milczenie.

   – Ho, ho, dobre! To jeszcze wie pan nie to. Koniak koniakiem, a czysta czystą. Rozległ się cichy brzęk szkła o szkło i zaraz potem gulgot cieknącego płynu.

   – Chociaż powiadają, żeby nie mieszać. Proszę niech pan pozwoli, nasze kawalerskie. Kawalerskie, powiadam, a tam żona czeka i syn już pewno także. Syn – większy chyba ode mnie. Gdyby tak mnie zobaczył, ładnie by sobie pomyślał o tatusiu, hę? No, jeszcze raz sobie kropniemy. To nigdy nie szkodzi, chociaż powiadają, żeby nie mieszać. Piwo ze starką, wie pan, niedźwiedź, to rozumiem: mieszanka! A potem dobrze wziąć bigosik, rzecz prosta, w maderze. Albo pić w kratkę – to bardzo zdradliwe systemy. Proszę, teraz pana kolej.

   I znowu poczułem niesłychaną falę ciepła, spływającą wartkim strumieniem wzdłuż całego ciała. jednocześnie przedział począł się wydłużać i kurczyć w sposób, dający dużo do myślenia, a stukot kół tak się dziwnie splótł z potokiem elokwencji przygodnego dobrodzieja i potężnym akompaniamentem chrapiącego olbrzyma, że z niejaką trudnością przychodziło mi te dźwięki rozróżnić. Po pewnym czasie stwierdziłem z miłem zdziwieniem, że w wagonie czynić się poczyna coraz przyjemniej, że się odzywają jakieś najdziwniejsze brzęczenia i dziesięciu wielkoludów opowiada dykteryjkę o likierze. Wreszcie i to ustało i miało już ustać w ogóle wszystko, kiedy nagle wdarły się do przedziału światła, gwar, pojedyncze okrzyki i trzask zamykanych i otwieranych drzwiczek. Zanim się spostrzegłem znalazłem się na peronie, którego powierzchnia wydała mi się o tyle dziwną, ile że się uginała jak guma pod nogami. Znaleźliśmy się na placu tak dobrze znanego mi miasta. Oto mój nowy przyjaciel począł mną potrząsać w sposób dziwny i tajemniczy i krzyczeć, ale uważając to wprawdzie za niestosowne, nie protestowałem zbyt gwałtownie, ponieważ było mi wesoło i lekko na duszy.

k1

   – Gdzie pan mieszka, młodzieńcze? Widzi pan, nie bardzo się orientuję chwilowo w planie miasta i niech mi pan nie bierze za złe, jeżeli się omyliłem, nazywając pana młodzieńcem, ale ostatnio trochę, hm, jakby to rzec, niedowidzę. Cóż, nie wie pan, gdzie pan mieszka? To nic, to się zdarzyło najprzyzwoitszym ludziom, a nawet mnie samemu. Zresztą, świat jest tak mądrze urządzony, że chwila, w której się zapomina swojego adresu jest najmniej stosowna, żeby się zjawić w mieszkaniu cudzem, a tembardziej swem własnem. Niech pan słucha; mówi przez mnie doświadczony człowiek. Zresztą, wie pan, wstąpimy tutaj i trochę odpoczniemy, zdaje się, że oboje jesteśmy cokolwiek zmęczeni. Instynkt! Niech pan spojrzy co znaczy instynkt, jak mówił jeden pan. Kelner! Kelne-rrr!

   Po chwili siedzieliśmy przy stoliku restauracyjnym i ze zdziwieniem obserwowałem, jak cudza jakaś ręka, która mogła być również moją własną, podnosiła do ust, które pewnie także do mnie należały – kieliszek z przezroczystą, jasnoróżową zawartością, i znowu coś buchnęło twardym czadem do głowy; jednocześnie jak przez watę słyszałem przekonywujący monolog mojego towarzysza.

   – Bo widzi pan, kobiety nie mają zrozumienia dla tych subtelności. Owszem, ognisko domowe, jak to się mówi, bardzo słusznie. Obowiązki rodzinne – naturalnie. Trzeźwość – oczywiście. Ale jeden kieliszek nigdy nie zaszkodzi. Pan, zdaje się, woli tę ciemną. No, niech pan sam sobie ulży. Na zdrowie. A teraz, przypuśćmy, jedzie pan do domu i zaraz robi panu piekło – żona, matka, czy wreszcie starsza siostra babki. Nie dawać się! Vivat, hurra hip! Pańskie zdrowie! Dzieci, naturalnie zdaleka. Rozumie pan: względy wychowawcze i wogóle, jak mówił ten… no wie pan. A właśnie widzę żonę, jak stoi w progu i krzyczy: Władek, znowu! Cóż. Krzyczy. Rozumie pan: w najgorszym razie można nie wchodzić.

   – Można nie wchodzić – potaknąłem chętnie. Zresztą – też się nazywam Władysław.

   – O! – ucieszył się niewyraźny zarys twarzy rozpływający się naprzeciw mnie w powietrzu. Oczywiście przyjazne spotkanie dwóch duchów dodatnich. Unio mistica. Jak panu wiadomo, jestem spirytystą. Polecam panu tę kanapkę ze śledziem  i pomidorkiem. Więc najpierw spokój domowy, harmonijne pożycie, a potem – opinia współobywateli. Szanowny panie Kiciołek! Uważa pan: szanowny! Nikt do mnie inaczej nie mówi. Ładnie co?

   – Ładnie – zgodziłem się bez trudności. Zresztą – to dziwne – ale moje nazwisko także brzmi – Kiciołek. I po chwili namysłu ogarnęło mnie zdumienie.

   – O! – zdziwił się z kolei mój towarzysz. A to świetnie! Ho! ho! Nno! Pomyślności! Wal go. Ssiup. Bardzo rzadki wypadek. Istotnie. Gdzie pan właściwie siedzi? Ah, ten przeklęty wzrok! Kel-nerrr! Płacić. No jeszcze jednego. Czy pan da, temu wiarę, że wczoraj śnił mi się kulawy Jakób. Jest to niezawodzący znak ważnego zdarzenia. Akumulacje duchowe – jak mówi Andrzej, wie pan, ten chłystek ze składu aptecznego. Gdzie pan właściwie mieszka panie Kiciołek? Pan sobie jeszcze nie przypomina? Mój kochany chło-łoppcze, nie odmówisz mi chyba tego zaszczytu, odwiedzisz skromne progi mojego, he, czcigodnego – tak – przybytku. Żona, owszem, he, bardzo się, hm, ucieszy. Drugi Kiciołek, jednocześnie. Władysław; niejako eeee drugi mąż? Na pewno się ucieszy, a w najgorszym razie można nie wchodzić.

   – Można – zgodziłem się lakonicznie, ponieważ w przeciwieństwie do mojego przyjaciela czułem się ponuro i nic we mnie nie zdradzało pociągu do dłuższych dyskursów, jakkolwiek zresztą wszystkie ewentualności były mi równie obojętne, nie wyłączając myśli o samobójstwie. Dlatego nie zdziwiłem się wcale, kiedy wkrótce nie wiem jakim cudem znaleźliśmy się na ulicy, następnie we wnętrzu trzęsącej się taksówki, pełnej coraz bardziej nierealnych rozważań mego towarzysza i wreszcie na stopniach klatki schodowej, które zdradzały wyraźnie złe zamiary wobec obcych przybyszów, usuwając im się spod nóg, jak istoty żywe i rozumne. W końcu wszakże, pokonawszy oporne żywioły, oparliśmy się o ramy czarnych, dębowych drzwi, opatrzonych mosiężną tabliczką i mój przyjaciel Kiciołek rąbnął w nie pięścią tak gwałtownie, że trzykrotne echo załomotało na klatce schodowej. Po sekundzie drzwi się otworzyły i jednocześnie prawie ujrzałem w nich kobiecą sylwetkę, tragiczne załamanie rąk i usłyszałem okrzyk pełen zgrozy i rozpaczy: – Władek!

   Momentalnie otrzeźwiałem. Ach, istotnie, ta noc pełna była niespodzianek i dziwnych zbiegów okoliczności. Był to głos mojej matki. – Mamo – rozpocząłem zmieszany, – jak się masz – widzisz – to właśnie jest pan… Kiciołek – zagrzmiałem – panie Kiciołek! Pan się pomylił w adresie! Panie Kiciołek, wyłaź pan stąd!  W tej chwili nieproszony gość, znajdujący się już w głębi mieszkania, odwrócił się niezdecydowanym ruchem w moją stronę. Ach! Nogi się pode mną ugięły.

   To był mój ojciec.

Filip K.

(117)

No comments yet.

Dodaj komentarz