Jak to było dawniej u… „Mjedwjedia”… – 1927 r.

Witam,

   Fantastyczny artykuł o najsłynniejszej restauracji w Petersburgu w czasach carów!

   Poniżej jeszcze kilka informacji znalezionych na rosyjskojęzycznych stronach:

   W 1878 roku restauracja Medved pojawiła się w atrium hotelu Demut przy ulicy Bolshaya Konyushennaya 27. Jej właściciel, Belg Ernest Igel, już na wejściu zaskoczył gości – ogromnym pluszowym misiem ze srebrną tacą w łapach. 

   Na początku lat dwudziestych właścicielem firmy Medved został jarosławski restaurator Aleksiej Sudakow, który prowadził również restaurację Yar w Moskwie. Pod nim w atrium zaaranżowano sale, a gościom zaprezentowano nowy format rozrywki – bar amerykański.

   Po rewolucji sale „Niedźwiedzia” zostały przebudowane na sceny teatralne. W 1939 r. otwarto tam Teatr Rozmaitości.

 

Jak to było dawniej u …”Mjedwjedia”…

(obrazek z tylko co przebrzmiałej przeszłości…)

   Niemasz go już wśród świata żyjących… Zabiła go, tego arystokratę carskich czasów, atmosfera ordynarnych sowietów… Obraz bakchanalij iście w stylu „Mjedwjedia”… Jak to kąpano tancerki w przepysznem „Pommery & Greno”… „Mjedwjed” w cieniach Hadesu… Sic transit gloria mundi… (tak przemija chwała świata).

   Niemasz już, niemasz „Mjedwjedia”…

   A przecież „instytucja” ta była jakby jedną z części składowych wielkiego „regimu” carów. Była ona też jednym z tych czynników, które należały jakby organicznie do życia wielkiego „Petersburga”.

   „Mjedwjed” po rosyjsku znaczy niedźwiedź. Otóż w tym wypadku mowa o słynnej restauracji petersburskiej, połączonej z Variete, którą należałoby nazwać „Variete pod Niedźwiedziem”.

   Cały powab i egzotyczność tego słynnego na całą wprost Europę zakładu gastronomicznego leżały w tem, iż łączył on najsubtelniejszy wykwint i bogactwo urządzenia wewnętrznego z dzikością tych, którzy u „Mjedwiedja” bywali.

   A przewijali się przez wyborne i grubym miękkim perskim kobiercem wysłane salony i gabinety „Mjedwjedia” bywalcy od najwyższych państwowych dygnitarzy państwowych począwszy aż do najniższej kategorji prewenjuszów tylko, co ozłoconych suto milionem rubli. Niejedna tez ważną tajemnicę państwową zamknęły te salony i gabinety w obrębie swoich ścian i schowały ją zazdrośnie przed okiem najbardziej sumiennego historyka.

   I takiego to oto „Mjedwiedia” już nie ma… Zamknięto go przed kilkoma tygodniami właśnie a tem samem wykreślono z historii „Wielkiego Petersburga” może już na zawsze. W dzisiejszem państwie „Czerwonych Carów”, chodzących na grubych podeszwach, podkutych ordynarnemi gwoździami, wykwintny i arystokratyczny „Mjedwide” był zbyt rażącym anachronizmem, którego duch czasu tolerować w żaden sposób nie mógł. To też wykwintny ten lokal przez szereg ostatnich lat już tylko obumierał, jak ów wieloryb, wyrzucony z głębin wody morskiej na bezbrzeżną, wielką ławicę piaskową. I choć posiadał jeszcze jakie takie „sowieckie płuca”, to jednak brakowało mu coraz to bardziej tego prawdziwie arystokratycznego tchu, bez którego ten „Mjedwied”, który gościł u siebie wielkich książąt i najpierwszych ministrów, wyżyć już obecnie nie mógł. To też gasł, jak gwiazda, przysłonięta chmurami, aż wreszcie zamknął podwoje i… ogłosił niewypłacalność.

   Sic transit gloria „Mjedwjedia”…

   Dziś, gdy go zabrakło, warto wspomnieć, iż była to naprawdę „instytucja”, której nie może nie wspomnieć historyk sumienny carskich czasów. „Mjedwjedjowi” musi on poświęcić osobną kartę, gdyż historja carskich rządów bez takiej karty byłaby dotkliwie niekompletną. Brakłoby w niej jednego z tych rysów, bez którego trudnoby zrozumieć przebieg niejednego z historycznych zdarzeń Mikołajów i Aleksandrów.

   Tu bywał słynny Treppow, który uśmierzył rewolucję rosyjską w 1905 roku, tu szalał w ciszy gabinetu, w otoczeniu lekkomyślnych tancerek i cyganek, zwykle w życiu publicznem zimny i nieprzystępny Stołypin, ten sam, który padł potem od kuli żyda Bagrowa w widowni Teatru Kijowskiego.

   Tu wielcy książęta rosyjscy  zniżali się do kumania się „za pan – brat” z poddanymi. „Batjuszki Caria”, odłożywszy na bok swą „Cesarską Mość” i spijając się do nieprzytomności.

   Tu żerowali ajenci niemieccy, wyławiając z nieprzytomnych ust rosyjskich generałów niejedną z ważnych tajemnic wojskowych, której posiadanie przez Niemcy kosztowało potem Rosję wiele tysięcy zmarnowanego życia wiernych carskich poddanych.

   Tu siadywał godzinami w swym ulubionym narożniku obok pokrytej kurzem, olbrzymiej, pierzastej, palmy słynny Rasputin w otoczeniu nawpół ubranych rosyjskich dziewic i „sudarin”, rekrutujących się często z najlepszej sosiety wielkostołecznej.

   W powietrzu słaniały się wyziewy najdroższych perfum angielskich i francuskich, gruby dywan tłumił kroki białoubranych, według rosyjskiego zwyczaju, kelnerów, a do uszu biesiadników, którym podawano na uginające się pod kryształami i srebrem stoły najwspanialsze potrawy, jakie tylko zamarzyć było można, szły łaskotliwe tony subtelnych orkiestr wiedeńskich, paryskich…

   Znaną jest też rzecz, iż nigdzie się tak wykwintnie i znakomicie nie jadało w Europie, jak w Rosji. Taki „Mjedwied” naprzykład posiadał kucharza, którego opłacał drożej, aniżeli słynny smakosz, król angielski, Edward VII. Było też rzeczą znaną, iż monarcha ten czynił wieloletnie starania, iżby wielkiego mistrza kulinarnego, stojącego na czele kuchni „Mjedwjedia” pozyskać dla swojej stałej służby. W tej mierze nie cofano się nawet przed dyplomatecznemi intrygami, co raz jeszcze dowodzi, jak wielką rolę gra często w dyplomacji nie tylko rozum, ile żołądek.

   Trzeba by mieć pióro bardzo utalentowanego felietonisty, by skreślić obrazek dość nastrojowy, któryby oddał wiernie, choćby jedną z tych licznych, spontanicznych orgji luksusowych, jakich były świadkiem zaciszne wnętrza salonów i gabinetów wielkopetersburskiego „Mjedwjedia”. Tańczył w nich najpiękniejsze cyganki, i godne pędzla artysty malarza i dłuta natchniętego rzeźbiarza. Grywały tam najkosztowniejsze kapele węgierskie a ich „prymasi” po kilku latach pracy w tej „instytucji” dorabiali się bajkowych fortun.

   Dziesiątki tysięcy nieraz rubli kosztowała niejedna z tych uczt, gdzie stoły uginały się pod ciężarem najwyszukańszych potraw, gdzie lały się całe strugi zagranicznych win najlepszej marki i gdzie pod koniec najpiękniejszą z tancerek kąpano w wannie, wypełnionej po brzegi słynnem szampańskiem „Pommery & Greno”.

   Kulminacyjnym punktem takich uczt był okrzyk, który spontanicznie wyrywał się z bełkoczących ust któregoś z współbiesiadników.

   „Kamarinskawo!”…

   Tak właśnie nazywał się narodowy szalony taniec rosyjski. Zaczynano go niejednokrotnie tańczyć na perskim kobiercu podłogi, a kończono na stole, z którego w pijackim szale strącano bezcenne kryształy, bogate srebra i adamaszkowe serwety. Tak tańczony w dzikim i niepowstrzymanym szale „kamaryński” był niekompletny, jeśli go nie kończyła butelka szampańskiego, rzucona z obowiązkowym zapałem w najbogatsze lustro, będące w Sali a druzgocąca je na tysięczne kawałki.

   W tych warunkach niedziw też, iż niejedna z tych uczt kończyła się upustem krwi ze szkodą, któregoś z biesiadników. Znanym jest nawet fakt, iż właśnie w jednej z tych pijackich bakchanalij zakończył nagle swe marne życie skutkiem udaru serca, wezbranego pod wpływem alkoholu, jeden ze znanych wielkich książąt cesarskich, którego z oszalałej orgją sali „Mjedwjedia” odniesiono wprost na mary śmiertelne.

Słynny pisarz Arkadij Awerczenko wspomniał o tej znakomitej restauracji w swoim dziele „Odłamki szkła”:

 – Czy pamiętasz „Niedźwiedzia”?

– Tak. Przy kasie. Prawdę mówiąc, kieliszek wódki cytrynowej kosztował pięćdziesiąt rubli, ale za te same pięćdziesiąt sympatyczny barman dosłownie narzucił ci przekąskę: świeży kawior, kaczkę w galarecie, sos Cumberland, sałatkę Olivier i pasztet z dziczyzny.

– A do tego można było przekąsić coś gorącego: klopsiki z głuszca, kiełbaski w pomidorach, grzyby w śmietanie… Tak!!! Słuchaj, a co z ciastami?

– Ach, Sudakow, Sudakow…

 

   Tak to się bawiła przedwojenna Rosja. Takto „Mjedwjed” wielkopetersburski godził przez całe dziesiątki lat wrodzoną dzikość rosyjską z wykwintnością francuskiej kultury i tego „użycia życia”, którego „Mjedwjed” był co do kosztowności a zarazem subtelności ostatnim wyrazem wytworności.

   Ową chęć użycia i to użycia jaknajszerszego i za wszelką cenę pozostała też i Rosji dzisiejszej. Tylko że dziś owe „użycie” jest jeszcze kosztowniejszem niż dawniej i jeszcze więcej w ślad za niem płynie łez, wysłanych przez tych, których praca i trud owe bezcenne orgjie opłaca.

   Jedno się tylko bowiem zmieniło. Oto użyciu temu brak już dziś w Rosji owego polotu i miękkości (chociaż tylko pozornej), nad której kultywowaniem tak pilnie zawsze czuwał wielkopetersburski „Mjedwjed”.

   I dlatego, choćby z tego względu, wielka szkoda iż już odszedł w cienie Hadesu… Z jego zniknięciem z powierzchni życia dzisiejsza Rosja jeszcze bardziej i beznadziejniej posunęła się w mrok ciemnego i już zdecydowanie azjatyckiego barbarzyństwa…

Florjan Ostoja-Rzymkowski 

Wejście do Restauracji "Niedźwiedź"

Lada bufetowa

Sala bankietowa

Druga sala bankietowa

Bar amerykański

W barze można usiąść przed ladą na wysokim krzesełku i wypić koktajl, rozrywka jest całkowicie w zasięgu naszych możliwości. Doszliśmy do „Niedźwiedzia”, wdrapaliśmy się na krzesła, otrzymaliśmy wysoką szklankę z lodem i bardzo smacznym i pijanym narkotykiem, wypiliśmy i powtórzyliśmy. Moja dusza poczuła się lepiej.
Jurij Makarow, „Moja służba w Starej Gwardii. 1905-1917″

(17)

No comments yet.

Leave a Reply