Jak tam w Paryżu z temi wódecznościami?

Witam,

   Dzisiaj artykuł z 1937 r. zapoznający polskich turystów z alkoholowymi zwyczajami przedwojennego Paryża.

JAK TAM W PARYŻU Z TEMI WÓDECZNOŚCIAMI?

Paryż, w sierpniu 1937 r

„Do Paryża przybywa co dzień kilkuset turystów polskich. Język polski jest bodaj najczęściej słyszanym dziś językiem obcym nad Sekwaną…”
(z głosów prasy)

   Rodak, zmuszony w kraju zadowalać się widokiem etykietek z astronomicznymi cenami na butelkach win francuskich, po przyjeździe do Paryża natychmiast pędzi do kawiarni i zamawia kieliszek czerwonego wina. Wystylizowany kelner udaje, że nie rozumie (albo i w rzeczy samej nie rozumie), i przynosi „kartę win”. Rodak spogląda, blednie. Wino tylko na butelki, a jeśli trafił na knajpę pierwszorzędną, to ceny tak wygórowane, że warto raczej na wino francuskie wrócić do Warszawy. Bezsilnym, zawiedzionym głosem rodak woła – Koniaku!

   Tym razem kelner zrozumiał. Znika, by po chwili wrócić z młodszym kolegą, który stawia przed tobą kieliszek, „maitre d’hotel” dogląda ceremonii, i wyczekuje aż pojawi się „sommelier” w niebieskiej bluzie, piwniczny, z cenną butelką o trzech gwiazdkach w ręku.

   Wypijasz koniak, i z nowym zapasem energii spoglądasz na cennik. Starasz się rodaku zgłębić tajemnicę tego niepokojącego problemu – dlaczego, gdy prosiłeś o wino, to podali ci kartkę papieru zadrukowanego, a koniak podali ci bez dyskusji?!…

   Gdy tak zastanawiasz się, obok ciebie siada elegancka samotna dama i zamawia szklankę piwa i kieliszek „Calvados” (wódka z wina jabłecznego). Ponownie przecierasz oczy. Emocje po dwóch nieprzespanych nocach stanowczo zbyt silne.

   Gwoli zaspokojenia ciekawości i tych, którzy jadą do Paryża i tych, którzy w domu pozostali i będą chcieli imponować „paryżanizmem” – zdradzimy tajemnice powyższych problemów życiowych.

Paryż Restauracja1WPrzed paryską restauracją

   Otóż zwykłe wino czerwone jest we Francji czymś tak ordynarnym, że na szklanki (a nie na kieliszki) dostać można tylko w podrzędnych „bistrot” (knajpach) za kilkadziesiąt centymów, czy za franka. Na prowincji do dziś można nabyć litr za dwa franki. W kawiarniach szanujących się wino podają tylko na butelki (czy „półbutelki”), i tylko wino przedniejsze, oryginalne, więc drogie. Ale, z drugiej znów strony, szanujący się konsument nie zamówi butelki wina ani w godzinach rannych, ani w godzinach popołudniowych. Choć jest to przyjęte dla fetowania przyjaciół, czy bodaj… Wystawy Paryskiej. Każdy więc za swoje pieniądze kupuje i pije co i kiedy mu się podoba.

   Wracając jednak do obyczajów, powiedzmy, że przyjętym jest zamawianie na kieliszki win „gotowanych”, np. „Muskat” (słodkie, ciężkie), „grenache” porto (które tu zamawia się wymienieniem marki: „Rossi”, „Martini” czy inne) białe lub czerwone, „Cap de Cors” (korsykańskie na chininie) i tak dalej.

   W godzinach przedobiadowych (dwunasta) i przedkolacyjnych (szósta, siódma), zobaczycie przed szanującym się Francuzem kielich, do którego kelner zręcznie wlewa przeróżne mieszaniny. Cała to alchemia, chemia, fizyka kolorów i mieszanin. Niektórzy twierdzą, że to nawet medycyna, że te trunki przedposiłkowe „aperitif’ami” zwane, stanowią niezbędny… posiłek, podążający na pomoc apetytowi. Stowarzyszenie „lekarzy-przyjaciół wina”, wypisujących panegiryki na cześć trunków, jest tego samego zdania. My spójrzmy na zawartość tych kielichów pod hasłem… wystawowym: „Sztuka i technika”… Bo to i technika i sztuka. Technika gatunków, sztuka smaków i barw.

   Przede wszystkim jest cała gama „aperitif’ów” o smaku anyżu, przypominającym zakazany od wojny piołun (absynt); są to różne „Pernod”, „Pernod Flis”, „Oxy” a nawet „Oxygénée” (woda utleniona w dosłownym przekładzie). Trunki te, brudno-żółtawe, pije się z wodą zwykłą. Tylko na południu Francji, mieszają to z syropem „grenadine” (z granatów, nie tych wojennych) i nazywają „tomate” – od koloru pomidorowego owej mieszaniny.

   Ale to dopiero początek gamy. Wspomniany powyżej „Cap de Corse” pija się z sokiem „citron”, z wodą sodową (eau de Seltz – dosłownie: woda selcerska…).

   Dodajmy, że nie jest przyjęte nigdzie prosić o wodę sodową samą, natomiast kto nie ma ochoty na „aperitif’ może wziąć ćwierć (un quart) Vichy, czy Vittel z sokiem jakimkolwiek (grenadine, citron, fraise, orgeade, menthe…). Może też zażądać „diabolo-menthe” czyli lemoniadę z syropem miętowym. Może posunąć perfidię, żądając „avec une goutte de kirsch” (z odrobiną wódki wiśniowej). Ale nie wyczerpaliśmy jeszcze pierwszych taktów naszej gamy aperitif’ów.

   „Cap”, porto i muskat najbardziej odpowiada polskim żołądkom, nawet damskim, czy to jako aperitif, czy też o innych porach dnia, „sec” czy „a l’eau” (z wodą i z lodem). „Dubonnet”, „Clacquesin”, „Mandarin” (gorzkie z mandarynek, podobno autentycznych), „Goudron” (smoła), „Anisette” (anyż), i inne, rozmaicie mieszane z owymi syropami stanowią część kolekcji trunków, jakimi szczyci się każdy szanujący bufet.

   Po obiedzie, do kawy, nowa seria: to „digestif”, znane już dobrze i w Polsce: Cherry, Benedictine, Cointreau i inne słodkie (Cacao, anisette, liqueur jaune, Creme de bananes itd.), walczą o miejsce z koniakami (zw. „fine”), wódkami (kirsch, mirabelle, calvados itd.), rumem.

   Daleko odbiegliśmy od win. Jest ich, spożywanych do obiadu i po obiedzie, ogromna kolekcja, niewyczerpalna lista nazw. Białe, czerwone, różowe, słodkie i kwaśne, mocne i słabe, „idące w nogi”, albo „do głowy”, czy tylko „do kości” lub do „żołądka”, „nature”, „mousseaux” (musujące) i szampanizowane (szampańskie, przypominające butelkami, smakiem i gazem owe „musujące”). Inne do ryb, inne do pieczystego, inne do sera…

   Ale pociesz się, rodaku! Nie musisz się w tej nauce orientować, by tanim kosztem napić się świetnego wina w małej, czy w dużej kawiarni.

   Pociesz się jeszcze jednym: w Paryżu wypada jedna knajpa na 150 mieszkańców. Pociesz się i tym, że nawet na stojąco, w najmniejszej knajpie dostaniesz wszelkich trunków, że nie ma ograniczeń grafikowych i że mimo to spotkasz rzadko pianego.

   A ta pani, co to siedzi koło ciebie samotna, nad piwem i nad „calvadosem”. Uspokój się, rodaku! Czeka na kogoś, albo pragnie, by jej nie zaczepiano. I dlatego, przezornie, zamówiła wiele mówiące dwie konsomacje różne…

Z. Fr.

(466)

No comments yet.

Dodaj komentarz