Opowieści dziwnej treści – „WIECH. – Towarzystwo bezankoholowe”

Witam,

   Dzisiaj przybliżenie sylwetki Stefana Wiecheckiego wraz z jednym z jego felietonów.

STEFAN WIECHECKI – MISTRZ PIĘCIU DJALEKTÓW WARSZAWY – 1936 r.

   Któż nie zna świetnych felietonów „Wiecha“? Pytanie, rzecz prosta, retoryczne, zwłaszcza, jeśli idzie o Warszawę. W Warszawie zna je chyba każdy. Lecz nie każdy wie, że wspaniały humor Wiecha idzie w parze z fenomenalną znajomością djalektów warszawskich.

   Ale naprzód o humorze. Nie płynie on wcale tylko z wiernego aż do komizmu oddania języka ulicy. Poza tym elementem, feljetony Wiecha są pełne prawdziwego humoru, i kto pamięta owego przyjacielskiego pedagoga, jak uczył swego sąsiada „alfabetę“, zakałę kraju, czytać z karty restauracyjnej sumienie przerabiając całe menu, od zakąsek (z wieczora) aż deserów (nad ranem) starannie, „aby się uczeń nie zaraził” zakrapiając każdą pozycję czystą wyborową; аlbo owego uczynnego męża, „który wybrał się z przyjacielem po zakup choinki i tak pracowicie przemierzał całą stolicę w poszukiwaniu conajtańszego sprawunku, posilając się po drodze, aż wreszcie gotówki starczyło tylko na kaktus za szesnaście groszy; lub też owego jamnika i „buldoka, ciętego w nosie“, które zamiast walczyć krwawo, o honor swych ambitnych właścicieli, sprzymierzały się nagle przeciwko kotu restauratora, smaczno śpiącego w cieniu łososia w majonezie – ten przyzna, że humor Wiecha leży powyżej „pastiche’u”.

   Mówiliśmy o liczbie mnogiej djalektów warszawskich. Istotnie. Niespodzianką dla wielu będzie fakt, że djalekty przedmieść stołecznych różnią się między sobą niegorzej od djalektów poszczególnych ziem. Inaczej mówią na Woli, a inaczej na Powiślu, a wprawny znawca odróżni natychmiast mieszkańca Czerniakowa od mieszkańca Pragi, a nawet, w co samemu nie chce mi się wierzyć – od mokotowianina. Otóż Wiech nie tylko te wszystkie djalekty zna, ale włada niemi wybornie, nie tylko w słowie, ale jak wiem, i w piśmie.

   Jak wygląda Wiech? Wcale jest niepodobny do swych feljetonow. Elegancki, w świetnie skrojonym ubraniu, z monoklem. Jeśli kogo przypomina, to raczej angielskiego ministra.

   Czy jest „trunkowy”? Bynajmniej. Wprawdzie za kołnierz nie wylewa, ale robi to tylko dla kompanji. Co do niewiast, to uznaje tylko albo młode i piękne, albo umiejące prawidłowo wylicytować szlema bez atu.

   Czy karta mu idzie? Niebardzo. Co najważniejsza, nigdy nie udaje mu się impas do dziada. Do ręki jeszcze jako tako, ale do dziada zawsze bierze w łeb. Takie jakieś dziwne fatum.

J.

WiechA6

WALERY WĄTRÓBKA MA GŁOS – 1937 r.

   Idę ja parę dni temu nazad Nowem Światem i patrzę, że naprzeciwko mnie szwagier Piekutoszczak posuwa.
– Teoś, gdzie ty idziesz – pytam się. – A on mnie odpowiada, że na odczyt do towarzystwa bezankoholowego się udaje.Walery6
Zbaraniałem. Własnem uszom nie chciałem wierzyć, ale mnie szwagier zaraz wytłumaczył, że warto, bo to przede wszystkim pouczające, a także samo zdrowo można tam popić.
– W trzeźwem towarzystwie? Teoś, logiki nie posiadasz?
Ale zaraz się przekonałem, że szwagier ma rację. Na tych odczytach dużo ankoholików bywa, które się chcą poprawić, ale na razie nie jeden flache wódki ma przy sobie. Taki jak posłucha odczytu jak się dowi co za niebezpieczeństwo utraty zdrowia mu zagraża, żywo wyjmuje butelkie i ze łzamy w oczach prosi sąsiada, żeby wziął ją od niego i wyrzucił. Tem sąsiadem stara sie o wiele możności być mój szwagier. Z każdego takiego odczytu pięć do sześciu czterdziestek do domu przynosi.
No to ma się rozumieć poszliśmy. Sporo pierwszokłaśnych kiziorów siedziało tam już na krzesełkach, i także samo parę kobiet.
Jedna weszła na podwyższenie w rodzaju ambony i dawaj sobaczyć obecnych, żeby ankoholu nawet w pierwsze święto Wielkanocy nie używali.
Nie można powiedzieć nienajgorzej przemawiała, raz to nawet łzy miałem w oczach jak wspomniała o wiśniówce niesłodzonej pod prosiaka.
Ale kudy tej paniusi do mojej Gieni, jak by ona za ten stół wlazła, jak by tem moczymordom litanie wyczytała z miejsca by sie poprawili.
Siedział koło mnie jakiś starszy facet z czerwonem nosem i co pare minut głośno wzdychał. No, myśle sobie, ty bracie musisz być „oliwa” że rzadko poszukać.
Totyż zaczajem na niego brugać i w bok go trącać, a w końcu zaznaczam mu do ucha, czy byśmy nie wyskoczyli na chwile „Pod karasia”, blisko jest, to zaczem ta paniusia skończy, wróciem.
I wiecie Państwo, obraził się na mnie, bo się okazało, że to był sam prezes tego towarzystwa wstrzemięźliwości.
Przegnał w końcu te kobietę z ambony, sam się tam wdrapał i zaczął ubliżać zebranem. Najwięcej się do młodych doktorów przyczepiał, że zaczem sok z marchwi pić, leczniczy spirytus po szpitalach na własny użytek wypotrzebowywują. Równe chłopaki myślę sobie, znają się na tronkach. Szarpał się ten prezes może z godzinę, a co dwie minuty z karafki wody sobie nalewał i popijał. Nie spodobało mnie się to, przypuszczam, że wątpię żeby to woda była – fizyczna niemożliwość, żeby pojedyńczy człowiek mógł jej tyle wypić. Jak już wysuszył całe karafkie do dna, zadzwonił i zaczęło się przedstawienie pod tytułem „Sąd nad pijakiem”.
Owszem, ładnie odgrywali, i takżeśmy się wszyscy spłakali, że z żalu cała prawie publika udała się naprzeciwko do baru.
Tam gazowaliśmy do rana. Częściej takie odczyty powinny być urządzane, zwłaszcza w lecie, bo na upał tylko zimna wódka.

WIECH.

(155)

No comments yet.

Dodaj komentarz