Knajpa niemieckiego studenta – 1908 r.

Witam,

   Dzisiaj ciekawy artykuł dotyczący korporacji akademickich i ich tradycyjnego picia piwa w knajpach. Artykuł o pojedynkach niemieckich studentów tzw. menzury, o których mowa jest w tekście znajdziesz także TUTAJ.

   Na ilustracji wstępnej – niemieccy studenci w knajpie w 1822 r.

Kneipe des Corps Suevia Tübingen um 1815Kneipe des Corps Suevia Tübingen um 1815

KNAJPA NIEMIECKIEGO STUDENTA – 1908 r.

   Jules Huret, współpracownik „Figara” odbył w ostatnich czasach na koszt i polecenie tego pisma dziesięciomiesięczną podróż, celem zapoznania się z kulturą, cywilizacją, obyczajami i urządzeniami Niemiec. Po powrocie z tej podróży napisał książkę, w której zebrał wszystkie swoje spostrzeżenia tak z tej, jak i z poprzednich wycieczek do cesarstwa. Książka ta ma dziś ogromne powodzenie w Niemczech; napisana bez uprzedzenia, rzeczowo, daje wszechstronny obraz życia tego narodu, do którego zresztą Francuzi nie więcej nabożeństwa mają od nas – Polaków.

   Pozwoliliśmy sobie z tej cennej pracy wyjąć parę rysów, odnoszących się do młodzieży, studiującej na uniwersytetach niemieckich, parę scen z życia tak zwanego „Bierjunge” – piwnego młodzieńca – jakby go po polsku nazwać wypadało.

   Zapewne niecała młodzież niemiecka żyje w ciągu swych lat uniwersyteckich dla knajpy, nie cała byłaby zadowoloną z tego tytułu: Bierjunge. Ale jest to typ dominujący, szanowany powszechnie, typ który zawładnął życiem uniwersyteckim w Niemczech, a powoli przenika i do nas. Nikomu prawdopodobnie nie powiem nic nowego, jeśli wskażę na Leoben, gdzie polscy akademicy, tworząc sporą grupę a poddani wpływom obcym, stworzyli takie samo „państwo piwne”, jak to, o którym Jules Huret ok3mówi Huret. Ale Francuz dziwi się tylko bezmyślności i opilstwu wrogiego sobie narodu. My musimy boleć, gdy te same wady przenikają do duszy naszego narodu. Huret pisze o Niemcach – nie o Prusakach. Zatem nie dyktuje mu cierpkich słów nienawiść rasowa. Francja zawdzięcza stratę Alzacji wyłącznie Prusom.

   Huret nie jest abstynentem i nie pisał swej książki na rzecz francuskiej ligi przeciwalkoholowej. On pisał to co czuł, na co patrzył. Jeżeli na tym obrazie przeważają czarne barwy, to winę ponosi społeczeństwo niemieckie – nie autor. Gdybyśmy ze stanowiska abstynenckiego chcieli patrzeć na knajpę niemiecką, cóż byśmy więcej dodać mogli do tej książki, która jest wiernym zwierciadłem prawdy? każde słowo dodane przez nas, byłoby może przesadą. Kto więc chce poznać tę knajpę, niech posłucha opowiadania tego Francuza. (Po prawej na zdjęciu Jules Huret).

   Autor poznał młodzież niemiecką w Getyndze i kreśli obraz knajpy, aby nam dać – jak mówi – wyobrażenie o tym, co to znaczy, kiedy niemiecki student powie, że idzie na „szklankę piwa” (…ein Glas Bier zu trinken).

   Huret opowiada (w skróceniu):

   Jeden z burszenszaitów akademickich zaprosił mnie na wieczór do knajpy. Kazano mi studiować życie niemieckie, więc nie mogłem odmówić.

   Studenci, którzy lubią pić tylko „między sobą” schodzą się w tak zwanej „Gülle” – po naszemu w knajpie. Obrano sobie za siedzibę piwnicę ratuszową, gdzie mieści się knajpa, bliźniaczka tych knajp, jakie w każdym niemal mieście niemieckim wypełniają podziemia ratusza. Tu mnie zaprowadzono. W sali podłużnej a wąskiej, niskiej i zadymionej piło, siedząc przy stołach, około stu studentów wszystkich „barw”. Przed nimi sterczały potężne kufle piwa. Gdyby nie ich charakterystyczne czapeczki, mógłby ktoś pomyśleć – sądząc z wyglądu sali – że wszedł między handlarzy starzyzną.

   Na ścianach przedmioty, których najmniej można się tu było spodziewać; rzeczy nic ze sobą wspólnego nie mające. Na sznurach, porozpinanych w poprzek sali ponawieszano różne drobiazgi. Logiki ich sąsiedztwa nie podobna zrozumieć: blaszane patelnie, brudne kołnierzyki, mankiety, papierowe lampiony, szyldy sklepowe, reklamowe tablice, jakieś charakterystyczne naczynie, rękawiczki, woalka, pantofel, parę dziurawych parasoli, kobiece grzebienie, kalosz, afisze Liebiga i Odol. Dalej miotła, stare kapelusze słomiane i filcowe, cylinder, obok klatka na ptaki, pajac na nitce, nieoskrobany kartofel, czapka dorożkarska, wypchane zwierzęta domowe i wiele, wiele innych przedmiotów. A wszystko to – jak mi powiedziano – ci studenci znaleźli na ulicy, albo po prostu ukradli!

   Jednakże pierwsze wrażenie jest niewątpliwie korzystne: a więc ta młodzież niemiecka nie inna jest od młodzieży całego świata!

   Stolik, przy którym usiadłem, znajdował się tuż przy wejściu. Drugi koniec sali tonął całkowicie w gęstym obłoku dymu. Palono cygara tak zawzięcie, że tam nie można już było nic zobaczyć. Byłbym chętnie przeszedł się między rzędami pijących, aby zajrzeć w te twarze, pochylone nad litrowymi kuflami, ale ostrzeżono mnie, że etykieta na to nie pozwala. Każdy burszenszaft ma swój stolik i ignoruje stolik sąsiedni; taki jest obyczaj. Nie wolno się odwiedzać.

   W ciągu tych trzech godzin, które tam spędziłem, nie zbliżył się do mojej grupy ani jeden z tej setki studentów, aby bodaj słówko zamienić; żaden nawet głowy nie skłonił – przechodząc. Tak samo naturalnie zachowywały się wobec siebie inne stoliki. Jedynym powodem takiego dziwnego zachowania się, ma być duma rodowa, która nie pozwala np. synowi obywatela zaprzyjaźnić się z synem prostego kupca, do czego tak łatwo przyjść by mogło na ławie uniwersyteckiej. Zapewniano mnie jednak, że gdybym tu pozostał dłużej – bardzo długo – tobym się może doczekał pewnego zbliżenia się pewnych stolików. Pijaństwo zbliża jeszcze trochę tych ludzi. Spuściwszy 15 litrów piwa, student odczuwa pewnego rodzaju potrzebę braterstwa, pragnie wywnętrzyć się, skłonny jest nawet w końcu zapomnieć, jakiej barwy czapeczkę ma na głowie. Do tej chwili jednakże starają się poprzestać na zabawie w ścisłym kółku swego własnego stolika. To im jednak nie przeszkadza wołać na całe gardło o coraz nowe piwo. Nie żenują się wcale.

   Usługę stanowią 14-15 letni chłopcy, bladzi, zmęczeni; nazwano ich „Aszanti”. W tym hałasie i gwarze rozmów co chwilę rozbrzmiewa sakramentalne „Aszanti!”. Rozbrzmiewa ono w setne echa. Natychmiast zjawia się chłopak. Student ryczy: „Gülle!”. Chłopak porywa pusty kufel, leci, nalewa, i w tej samej minucie przynosi z powrotem.

   Każdy ma swoją własną szklankę. Są to spore półlitrówki, osadzone na cynkowej podstawie, na której poznaczono wszystkie „mensury” posiadacza, za pomocą umówionych znaków. Cięcia otrzymane znaczy się kreską, zadane cięcie, które ubezwładniło przeciwnika znaczy się tak: + .

 Georg Mühlberg ''Im ersten Semester'' (rok 1900) (niem. pierwszy semestr). Student w tradycyjnym stroju korporacji  Ze strony zewnętrznej łatwo rozróżnić studenta Niemca od Francuza, dla jego ociężałego chodu, dobrej tuszy, nalanej twarzy. I tu natrafić można na smukłych i zgrabnych młodzieńców o pełnych ognia oczach i myślącym czole. Ale dużo łatwiej znaleźć młodego herkulesa, tak rzadki okaz na uniwersytetach francuskich. Wyrósł on prędko i równie prędko utył – niemal z pierwszym zarostem. Co ich więcej jeszcze różni, to włosy krótko przystrzyżone, aby ułatwić gojenie blizn po mensurach, no i te wrąbane cięcia, których pełno na policzkach, na skroni i na czaszce.

   Moi najbliżsi towarzysze była to młodzież szlachecka, zachowująca się z pewną rezerwą. Starali się wszystko mi objaśnić, we wszystkim usłużyć. Kiedy się ich tak widziało siedzących z gracją, w pełni tej dumy, jaką daje 20-ta wiosna życia, tryskających ochotą do tego życia, to zaledwie można było pomyśleć, że pewnego dnia staną się i oni także tymi opasłymi, ociężałymi Niemcami, którzy stanowią przeciętny typ tej rasy. Ale tymczasem są jeszcze sympatyczni przez tę promieniejącą z nich młodość. Zapomina się prawie o tej łatwości, z jaką takiemu studentowi przychodzi być posłusznym, o tym zadowoleniu, jakie znajduje w podporządkowywaniu się urojonemu zwierzchnictwu obranego prezydium, o tym wprost pożądaniu, aby mu kazano usługiwać komuś podczas tej niemądrej zabawy. Zaprawdę, jakże silny pociąg do służalczości jest u młodych Niemców.

   Prezydium piwne, które siedzi na miejscu naczelnym, woła szorstko „Fuchsa” (kandydat na pełnego członka – przyp. Ł. Cz.) przed swoje oblicze: „Fuchs!”. Młodzieniec zrywa się od stołu zadowolony z zaszczytu, jaki go spotkał, jednym skokiem staje przed ławą prezydialną z czapką w ręku, przystawiwszy pięty do siebie po wojskowemu.

   Dostaje rozkaz: „Ruszaj! Napisz nazwisko N. na „tablicy piwnego odjęcia!” (Jest to tablica dla tych, którym odjęto „cześć piwną”, którym wskutek tej kondemnaty nie wolno pić piwa). Fuchs leci jak na skrzydłach – wraca i melduje posłusznie, zawsze z czapką w ręku: „Stało się, proszę Wysokiego Prezydium”.

   Mam wrażenie, że ta uległość iście murzyńska podoba im się bardzo, a otrzymany rozkaz zachwyca. Prezydium wydaje się niemniej zadowolone. Wydawszy rozkaz w sposób bezwzględny, nie marnując przy tym ani słówka jednego daremnie, oddaje się z całą powagą rozkoszy, jaką odczuwa na widok tego niemego hołdu młodego Fuchsa.

   Fuchsom nie wolno pić z dużych kufli. Muszą poprzestać na „ćwiartkach” – wara od półlitrówek. Mówić „burszowi”: ty może „Fuchs” tylko za osobnym pozwoleniem bursza. I to jest dla nich prawdziwe święto. Miałem szczęście widzieć taką uroczystość. Jakiś bursz, ujęty gorliwością, z jaką Fuchs przełknął swoją szklankę, przywołał go z szarego końca do siebie. Żywo zerwał się Fuchs i podszedł ze swoją skromną ćwiartką w ręku. Jakie słowa pełne wagi i znaczenia usłyszał, tego nie wiem, ale trącili się z najpoważniejszą miną szklankami. Każdy wypróżnił swoją – dłoń w dłoni – starszy siedząc, Fuchs stojąc. Nikt nie zauważył tego epizodu, było to zawiązywanie węzłów przyjaźni, łaskawe przyzwolenie na „tykanie” pod znakiem poczynającego się upicia.

   Gorliwość, z jaką ta setka studentów wypróżniała kufle, bawiła mnie, ale i zadziwiała. Nie potrzebowali pół godziny czasu na to, żeby wypić „ćwiartkę” piwa i znowu drugie pół na siedzenie przed pustą szklanką, jak to się robi w naszych kawiarniach. Zaledwie ukazało się dno w szklance, a działo się to bardzo prędko, ryczeli stereotypowe: „Aszanti! Gülle!”. I mali chłopcy zziajani, wyczerpani, przebiegając chwytali wszystkie puste kufle i nie pytając napełniali je znowu. Ci piwosze przyszli istotnie po to, aby pić, i po nic innego. Pili też tak, jak gdyby odrabiali jakąś robotę. W tych gardłach ginęło piwo jakby zaklęte różdżką czarodziejską. Jeśli się który z biesiadników choć przez chwilę ociągał, wnet przepijał do niego spragniony sąsiad.

   Bo jest tam naprawdę osobna „reguła piwna”. Kiedy ktoś np. zapyta: „Dobre piwo?” – a zapytany odpowie: „Dobre”, zostaje momentalnie postawiony w stan oskarżenia; powinien był odpowiedzieć: „Boskie!”. Rozpoczyna się więc sąd piwny. Prezydium wypowiada specjalną formułę, pytając wszystkich obecnych, jaką karę wymierzyć podsądnemu. Zapada wyrok: albo winny ma wypić bez zwłoki oznaczoną ilość „halb” (pełnych litrów) piwa, albo będzie wisiał na tablicy piwnego odjęcia. Zdarzają się i inne wyroki – równie dziecinne.

   Kiedy się ma zamiar pić, należy wpierw wznieść szklankę i do wybranego kolegi rzucić hasło: „Prosił!”. Kto przyjmuje wezwanie, odpowiada na nie przez wzniesienie do góry swojej szklanki. Kto chwilowo nie jest spragniony, nie jest obowiązany wypić w tej chwili; wolno odłożyć sobie tę przyjemność na później. Jeżeli jednak odpowie: „Idę!” – to musi wypić zaraz. Ale kiedy kto zawoła: „Prosił, pół litra do brzucha!” musi ten, do kogo tak grzecznie przypito, natychmiast halbę do dna wysuszyć na podziękowanie za komplement. Reguła picia zabrania w ogóle tym samym piwem dwa zdrowia wychylać. O – to byłoby za wygodne; a toć przecie jedna szklanka mogłaby takiemu wstrzemięźliwcowi wystarczyć na dziesięć toastów, jak to zresztą jest u nas we zwyczaju, gdzie dosyć nieraz głową kiwnąć w odpowiedzi na wypite zdrowie. Tutaj, w tym państwie piwnym to stanowczo nie uchodzi. Co gorsza, prawo wymaga, aby na takie „Prosił do brzucha” odpowiedzieć calutką halbą w ciągu pięciu minut piwnych, równających się mniej więcej trzem „pospolitym minutom”. Nie wiele też oczywiście czasu potrzeba, żeby świadomość siebie całkiem utracić…

   Te i tysiączne przepisy tworzą regułę „zgromadzenia piwnego”, regułę w najdrobniejszych szczegółach opracowaną, wydrukowaną i na niemieckich uniwersytetach powszechnie używaną.

   Pierwowzorem była reguła piwna „zgromadzenia lipskiego”, która zalega stoły knajp burszowskich, będąc wszędzie w wielkiej estymie.

   Czy nie jesteście ciekawi, o czym też ta młodzież dojrzała mówi z sobą poza tym krzykiem i wołaniem? Przypuszczacie, że o polityce? Ten temat wykluczono. Czy może tu właśnie jest teren do wymiany myśli natchnionych i pełnych zapału, od których jasność bije na młode czoła? Po co – dla nich nie istnieje nic poza wiecznym „Prosił do brzucha”, poza sławą lipskiego zgromadzenia, przed którym biją czołem; czasem zaśmieją się chóralnie z jakiegoś okolicznościowego żartu, rzuconego na wiatr, lub krytykują przechodzących kolegów… właściwie nie mówią o niczym. Nie ma tu śladu prawdziwej zabawy, poważnej dyskusji, nie ma namiętnych wzruszeń ani sporów o jakiekolwiek nowe czy stare teorie i zasady.

   Usiłuję wtrącić do rozmowy to i owo głośne nazwisko na próbę: Göte, Nietzsche, Spencer. Nie ma echa. Wygłaszam swój śmiały, indywidualny sąd o mensurach: „Czyż to ma sens, dać sobie tak głowy rozwalać?” Odpowiadają zgodnie: „Taki pan, co nosi szramy na czaszce, budzi ogólny szacunek, każdy powie o nim: a to jakaś śmiała sztuka! To też studenci mają w mieście wielkie poważanie. Jak idziemy ulicą, przechodnie się usuwają i robią nam miejsce, a kobiety nas admirują…”. I to jest w całej swej naiwności opinia studenta niemieckiego uniwersytetu w Getyndze o społecznym znaczeniu instytucji pojedynków. Czy tylko w Getyndze?

   W końcu robi się tak gorąco, że studenci ściągają surduty – dla wygody. Nie pije się tak swobodnie, kiedy łokcie tkwią w rękawach żakietu.

   Zaledwie się znów usadowili w niemożliwych pozycjach, wrzeszczą jak opętani: „Aszanti! Gülle!”. Pytam skromnie: „Ile też litrów piwa pijecie, kochani Panowie, przeciętnie co wieczór? – Och! Nie tak znowu wiele. Najmniejsza doza: sześć litrów na głowę. Ten i ów „ciągnie” do „tuzina”. Co? Dwanaście litrów piwa w jeden wieczór?”. Wszyscy śmieją się ze mnie. Na wyścigi opowiadają mi przykłady niezwykłych cudów waleczności: „Cyfry, których nie śmiem powtórzyć, bo chyba się przesłyszałem. Ale nic! 20 litrów!”. „Pan się tak samo przyzwyczai jak każdy z nas – pocieszają mnie — niech Pan tylko spróbuje, zobaczy Pan… Prosił Resztę!”. To: „Prosił, resztę!” miało znaczyć: „Na Twoje zdrowie, aż do dna!”. Nie było rady: nie chcąc okazać się niegrzecznym, musiałem moją szklankę (nb. ćwiartkę) za jednym zamachem wypróżnić. Zebrałem się więc w sobie, wspomniałem na chwałę Francji, którą zrządzeniem losu miałem godnie reprezentować w tej hanowerskiej knajpie, i z uśmiechem na ustach, podniosłem szklankę. Cała konfraternia obserwowała mnie z ciekawością. Piłem bez przerywania, nie oddychając wcale, aż do ostatniej kropli, z łatwością studenta, który już 15 lat „studiuje” na uniwersytecie niemieckim. Zyskałem jednomyślne uznanie. Miał to być początek mojej pijackiej kariery. Ale sam doskonale czułem, że właściwie pić jeszcze nie umiem. Nie chciano mnie tego uczyć słowami. Pokazano mi, jak się to robi. Jakiś żelazny student, lat 30-35 mieć mogący, o wydętym brzuchu, nabrzmiałych policzkach i latających oczach uchwycił całą szerokością dłoni podstawę swojej halby, podniósł łokieć do wysokości brody, dobrze go na zewnątrz rozpostarł, otworzył gębę i wpuścił – nie ma na to innego wyrażenia – i wpuścił całą zawartość kufla do gardła, nie dotknąwszy szkła wargami. Naturalnie nie było mowy o połykaniu trunku, a więc nawet smaku jego nie poczuł. W ciągu paru sekund znikło pół litra piwa bez śladu. Rozpływałem się w pochwałach dla tak rzadkiego talentu, który ośmieliłem się nazwać niedoścignionym ideałem.

   Zaprzeczono mi z żywością; jeden z młodych Fuchsów z dobrego serca oświadczył, że przecież nawet on to samo potrafi. To zakrawało na wyzwanie. Stary semester musiał podjąć rzuconą rękawicę dla ratowania zagrożonego honoru seniorów. Z zimną krwią uczyniono to, wołając: „Aszanti! Kufle!” Po czym nastąpiło łaskawe skinienie w stronę nieopatrznego Fuksa, mające znaczyć: każ sobie podać halbę półlitrową! Prezydium liczyło: „Raz – dwa – trzy!”. Na tę komendę wzniosły się wszystkie łokcie do wysokości brody. Żółta, przejrzysta kaskada płynęła równiuteńko z naczyń do czarnej otchłani ust, a kufle opróżniały się z wolna i miarowo. Ale, o Boże! Czcigodne grono seniorów dawno już stuknęło o stół pustymi szklankami, kiedy Fuchs był dopiero przy pierwszej połowie. Czekaliśmy… Po chwili jednak zniknęła i ta reszta płynu. Zwycięzca nie chwalił się swym zwycięstwem. Był pełen powagi i namaszczenia; udawał, że patrzy w zupełnie inną stronę; zaledwie lekkie wzruszenie ramion i wzgardliwy uśmiech pozwalały się domyślać, jak dumny był z siebie.

   O jedenastej wyszło kilku studentów. „Już?” – zapytałem. Wyjaśniono mi, że mają się bić jutro. Koledzy wołali za nimi: „Waffenschwein!” – co dosłownie przetłumaczone brzmi: życzymy jakiego świństwa w walce! – a ma znaczyć: „Szczęśliwej drogi! Niech się poszczęści w spotkaniu”.

Giessener_Wingolf Kneipe des Gießener Wingolf um 1900Giessener Wingolf Kneipe des Gießener Wingolf um 1900

   W pośrodku, między starszym, a młodszym pokoleniem studentów zajęli miejsca „starzy panowie”, ongi członkowie klubu ci, którzy osiedli po skończeniu studiów w tym mieście i spędzają „piwne wieczory” z młodzieżą. Ich wąs siwiejący, białe włosy pod pstrym nakryciem pożyczanej czapeczki, w tym otoczeniu szumiejącej młodzieży, robi wrażenie czegoś niezwykle przykrego. Nic ich nie łączy ze sobą, nic nie zbliża w życiu – tylko ten kufel piwa i ta aureola 20 odbytych pojedynków i 1000 piwnych ekscesów.

   Pomiędzy tymi starymi studentami widzi się twarze o typie nałogowego alkoholika. Ci na pewno skończą w domu dla obłąkanych. Piją na zimno, bez zadowolenia, z okiem zamglonym, ponurym, jednym haustem całą szklankę – i czuje się instynktownie, jaką im to przykrość sprawia, gdy muszą przerwać dla złapania oddechu. Reszta pije, aby tamtym dotrzymywać towarzystwa, aby w tyle nie zostać za innymi.

   „Kto pije najwięcej?” – zapytałem. „Sasi. Ci trąbią jak szaleni”. Jest to więc orgia, prowadzona z metodą. Tylko ślepa dyscyplina utrzymuje w pewnych karbach tę młodzież, niedopuszczając do karczemnych bójek.

   Ale przecież niepodobna, aby w ten sposób bezkarnie można było pić całymi godzinami. Żołądek, choćby nie wiem jak elastyczny nie zniesie więcej ponad 6-8 litrów piwa, które działają silnie na wszystkie organa, ale zwłaszcza na żołądek. Toteż bez przerwy przeciągają przede mną te czapeczki różnobarwne, przede wszystkim niebieskie: to Saksonia. Ci, co je noszą, wyglądają chorowicie. Pytam o powód tych przechadzek. „Idę do „korytka”. Czyż mam opisywać, co tam widziałem? Jest to kłopotliwe, a bynajmniej nie piękne. Ale nie mogę cofnąć się przed nakreśleniem wrażenia, jakie odniosłem z tego studium natury dzisiejszego studenta w Niemczech. Korytko to „Vomitorium” studenckiej knajpy. „Patrz Pan – śmieje się z całego gardła mój sąsiad – oto nasza: misa upicia”.

    Obracam się i przez ramę okna, o które jestem oparty, spostrzegam rzeczywiście cynową misę z dwoma żelaznymi uchami. Właśnie pochyla się nad nią jakaś niebieska czapeczka, a dwie dłonie chwytają niespokojnie za ucha. Cała postać, obrócona do mnie plecami, wstrząsa się konwulsyjnie raz po razu. Więcej nic dojrzeć nie mogę – ale to chyba dosyć.

   Zwracam spojrzenie na salę i z ciekawością patrzę na pstre czapki przewijających się studentów. Oto ciągnie niebieska: Saksonia – za nią zielona: Westfalia – oto Hanower, Brunświk, Brema. Wszech-niemcy, republiki Hansy, wielkie księstwa i kłótliwe królestwa Rzeszy Niemieckiej jednoczą się tu – przed tym piwnym korytkiem, tą misą upicia. Patrzcie książęta i królowie, jak ścisłe jest to zbratanie, to poczucie przynależności, do jednego organizmu. I któż śmiałby jeszcze mówić o partykularyzmie?!

   Ale oto wracają Sasi od koryta na salę. Chwiejne ich kroki, a oblicza przeciągnięte od nadmiernych wzruszeń, które przeszli; wycierają sobie oczy, pełne łez. Ledwie usiedli przy stołach: „Aszanti! kufle!”.

   Po niejakim czasie spacery ponawiają się… i tak trwa do późnej nocy. Patrzącego bierze w końcu obrzydzenie…

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

   Czy Huret między tymi Niemcami nie widział ani jednego Polaka? Na szczęście nie zauważył ich; zapewne byli. Wszak na uniwersytecie w Getyndzie studiują także Polacy. Może jednak ten separatyzm, jaki jest cechą stosunków polsko-niemieckich, trzyma ich zdała od knajpy w piwnicach ratusza. Polska młodzież niewątpliwie dużo ma powagi i myśli o czym innym. Na zabawki dziecinne nie ma, nie powinna mieć czasu.

   O polskiej młodzieży z któregokolwiek zaboru nie mógłby bezstronny obserwator nic podobnego napisać. Huret nie miałby tu pola do popisu dla swego ciętego, trochę sarkazmem zaprawnego pióra. Młodzież nasza ma ideały, dla społeczeństwa naprawdę pracuje… Czy wszystka? Młodzież, która zresztą, o ile o to chodzi, pije tylko umiarkowanie.

   Ekscesy są rzadsze niż w ojczyźnie zgromadzenia lipskiego. Powiedzmy nawet rzadkie bez zastrzeżeń. Czy to dosyć?

   U Niemców orgie pijackie obudziły między młodzieżą reakcję. To, co było obrzydliwe, musiało u lepszej części młodzieży wywołać obrzydzenie i myśl o innym życiu. Związki wstrzemięźliwości, etyczne, oświatowe są tam liczniejsze i czynniejsze niż u nas. Bo u nas nie ma odstraszającego przykładu knajp burszowskich. Czasem wprawdzie przypomni ktoś czasy Sasów i upadek i rozprężenie moralne w Polsce; ale jest powszechna opinia, która nie lubi na źródła złego wskazywać; kto wspomina o nich, źle życzy ojczyźnie…

   Nie mamy więc przykładów odstraszających, żywych, i pijemy… umiarkowanie.

   Czasem przytrafią nam się komersy trochę gorętsze, po których extra muros używamy swobody. Kto zbadał tej swobody granice, kto je zakreślił? Kto w nich utrzymać potrafi szeroką naturę obywatela akademickiego?

   Czasem na wzór niemiecki w braku politycznego państwa polskiego, tworzy młodzież nasza „państwo piwne” (Leoben), niezależne od obcych potęg europejskich…

   Ale to nie jest reguła, to wyjątki. Chciałbym powiedzieć, że młodzież to przyszłe społeczeństwo, to przyszli przedstawiciele narodu, a kiedy się wspomni, że ta młodzież niemiecka tworzy potężne mocarstwo, przed którym ugięła się nasza dola narodowa, to mimowoli rodzi się pytanie, czy nasza młodzież jest od tamtej lepsza? Czy jest taka, jaką być powinna młodzież narodu, który walczy o niepodległość, o prawa polityczne i któremu ta właśnie młodzież powinna wrota wolności otworzyć?

   Smutne pytanie – ale ci co chcą naród budzić do życia – ci nie mogą się wahać, ci muszą to pytanie rzucić. Niech każdy z nas na nie odpowie w duszy za siebie.

Szczęsny Turowski

(108)

No comments yet.

Dodaj komentarz