„O dobrym piciu wina” WOREK JUDASZÓW Józef Łobodowski

Witam,

   Dzisiaj jeszcze jeden artykuł Józefa Łobodowskiego z cyklu Worek Judaszów z 1978 r.

   Zdjęcie tytułowe podaję za LINK

W O R E K    J U D A S Z Ó W

„O dobrym piciu wina”

   Swego czasu napisałem pochwałę win hiszpańskich na pół żartobliwym wierszem, która została włączona do zbioru satyr i fraszek, pt. „Uczta Zadżumionych”; wyszła w Paryżu w r. 1954. A jeszcze wcześniej napisałem esej o tej samej tematyce do wydawnictwa propagandowego, zaprojektowanego przez hiszpańskie ministerstwo rolnictwa. Autorów tej zbiorowej pracy było kilkunastu, wśród nich – chyba jedynym cudzoziemcem byłem właśnie ja. Tekst spodobał się, a i honorarium było nienajgorsze, co każdego piszącego powinno cieszyć i rzeczywiście cieszy.

   Dziś, z odległości przeszło trzydziestu lat zdaję sobie sprawę że byłem wtedy  w tej winnej materii jegomościem jeszcze dość zielonym. W miarę skromnych sił starałem się odtąd i nadal się staram moją wiedzę uzupełniać, co mi się, jak tuszę, w poważnym stopniu udaje. Gdy chodzi o te sprawy, wolno do większości Hiszpanów zastosować stare powiedzenie: „sami nie wiecie, co posiadacie”. Tu musze powołać się na opinię bardziej autoryzowaną, bo wyjętą z ust jednego z wybitnych hiszpańskich publicystów. „Wielu Hiszpanów – pisze Gregorio Marañon Moya – nie zna godnej podziwu różnorodności win swego kraju”. I następnie wymienia: czerwone i białe wino znad brzegów rzeki Miño (Galicja), baskijskie chacoli, świetne napoje z gór Leonu, muszkatele Aragonu i Nawarry, małmazję katalońską, rozliczne wina z okolic Madrytu, Cuenca i Toledo… „Nie ma potrzeby wymieniać innych rodzajów, jak choćby z naszej Rioja, gdzie obfitość łączy się harmonijnie z jakością!”

   Mógłbym powyższą listę wielokrotnie uzupełnić, ale wrodzona skromność na taki popis mi nie pozwala. Autor zacytowanego artykułu dodał: „Ojciec mój, który był wielkim znawcą win, zachwycał się smakiem i aromatem win spod Alicante (cesarzowi Karolowi V towarzyszyły w jego podróżach), oraz słynnego wina z Ruedy.” „Ojciec mój…” Nie od rzeczy będzie poinformować czytelników że ojciec autora, tego samego imienia i, rzecz prosta, nazwiska, był bardzo wybitnym lekarzem i nie gorszym pisarzem. Wystarczy, jeżeli powiem że często stawia się go obok Ortegi y Gasseta.

  „My, lekarze – oświadczył przy pewnej okazji – kiedy pozbywamy się młodzieńczej pedanterii, dowiadujemy się że wszystkie choroby, zarówno prawdziwe, jak i wyimaginowane, można sprowadzić do jednego mianownika: do życiowego smutku. W istocie żyjemy nie po to, by używać życia, lecz bronić się przed życiem, które nas stopniowo zabija. Skuteczność wina w walce z nuda życiową jest nieoceniona. Ileż godzin optymistycznej radości zawdzięczamy kieliszkowi wina, wypitemu we właściwej chwili! Dzięki winu ileż szczęśliwych decyzji, na które kiedy indziej byśmy się nie zdobyli! Ile godzin miłosnego uniesienia, ile nieśmiertelnych dzieł sztuki!”

glass of red wine and bottle

   Marañon nie ogranicza swoich uwag do wina, pisze także o wódce, whisky, koniaku, anyżówce etc. Ale wino… zawsze na pierwszym miejscu. Uwielbiajmy wino! Trzeba nauczyć się smakować wino i poważać, jako zjawisko elementarne i wiekuiste w naszym życiu. Pisał Ortega y Gasset: „Wino – to zagadnienie kosmiczne. Jest bóstwem – mądrym, płodnym, roztańczonym bóstwem!” Przysłowie, dotyczące pięknej kobiety, powiada: „Twe usta są, jak najświetniejsze wino!”

   Dobre wino pijam, niestety, rzadko. W pierwszym dziesięcioleciu mego przedłużającego się pobytu w Hiszpanii pijałem znacznie częściej. Rzecz oczywista: wszystko drożeje, więc zacne wina również, a honoraria emigracyjne nie nadążają. Więc na co dzień cienkusz, wręcz sikacz, a te, ust pięknej kobiety – od wielkiego dzwonu. W Polsce Dwudziestolecia w modzie były namiastki owocowe (z jabłek, wiśni, czereśni, jagód itd.), fabrykowane masowo przez fabrykę Makowskiego w Kruszwicy. W gruncie rzeczy nędzne to były naśladownictwa (nawet najlepsza z nich „Złota Reneta”), ale cóż! – na wina autentyczne, sprowadzane zza granicy, mało kto mógł sobie pozwolić. W Lublinie uważałem siebie za wyjątkowego szczęśliwca; bywałem częstym gościem w domy ks. Ludwika Zalewskiego, a ten był wytrawnym smakoszem i miał dobrze zaopatrzoną piwniczkę, więc już wtedy odróżniałem burgundy od Bordeaux. Chianti od win romańskich, maderę od Oporto, zresztą bardziej znanego u nas pod zgermanizowaną nazwą portwajnu.

   Podejrzewam, że wina greckie w starożytności były znacznie zacniejsze od win współczesnych w tym kraju; tylko podejrzewam, ponieważ nie mam na to dowodu. Dionizos (u Rzymian Bachus) był mitologicznym twórcą winnej łozy i rozpowszechnił jej uprawę we wszystkich krajach śródziemnomorskiego świata. Fantazja starożytnych Greczynów kazała mu urodzić się w zupełnie wyjątkowy sposób: wyrzuconemu z łona matki, ginącej w ogniu piorunów i błyskawic, otaczających Zeusa, który był jego ojcem. Dionizos-Bachus należał więc do grona licznych synów, urodzonych ze śmiertelniczek, ale Gromodzierżca przyznał mu przywilej nieśmiertelności, a tym samym podniósł do rangi bóstwa.

   Wino działa na pijących w różny sposób. Kto pije z umiarem, a więc z należnym uznaniem i szacunkiem w stosunku do szlachetnego napoju, ten jest prawowitym wyznawcą Bachusa, jego udziałem staje się zdrowa radość, doznaje szlachetnych napięć uczuciowych, wzbogaca posiadane talenty, łatwiejsze są dla niego (tak wierzyli Grecy) metafizyczne i religijne wtajemniczenia. Natomiast, kto pije bez umiaru, skłonny jest do burd i awantur, oraz podlega grzesznym, a nawet zbrodniczym podnietom, zaś przede wszystkim cielesnej chuci (pan Henryk Sienkiewicz mawiał w takich wypadkach o „rui i porubstwie”). Pytanie, czy sam Bachus był wolny od tego rodzaju wykroczeń?

   W niezliczonych podróżach (Bachus stale wędrował po znanym starożytnym świecie) towarzyszyły mu zawsze tłumne orszaki: albo nimf (najad, driad, oread), albo sylenów i satyrów, czyli faunów. Nimfy czciły Bachusa, ale się nie upijały; gorzej było z sylenami i faunami. Ci pili na umór i w stanie nietrzeźwym dopuszczali się różnych zdrożnych czynów, a najczęściej raptów. Ich ofiarami padały właśnie niewinne nimfy. Mitologiczny rapt to jeden z ulubionych tematów wielkiego malarstwa XVII i XVIII w.w. Porwanie Prozerpiny, Europy, córek Leukippa, a także driad i najad. (Poniżej obraz Luca Giordano „Porwanie Prozepiny” podane za Wikipedią)

Luca Giordano - Porwanie Prozerpiny

   Niejednej zdarzało się dostać w ramiona Zeusa, który zresztą zawsze występował w zmienionej postaci: byka, łabędzia, złotego deszczu itd. Jakże, przecież uwiódł piękną nimfę Calisto, po czym ratując ją przed gniewem Artemidy, że nie dotrzymała ślubu dziewictwa wsadził ja na niebo w charakterze Arktos, czyli Wielkiej Niedźwiedzicy. Nimfy, jak się rzekło przed chwilą, były stale zagrożone przez chutne zapędy sylenów i satyrów, wyjąwszy nereidy, bo te, jako mieszkanki głębin morskich, znajdowały się poza ich zasięgiem; za to były bezbronne wobec ichtiozaurów (kombinacji mężczyzny z rybą). W muzeum watykańskim można oglądać starożytną rzeźbę: potężny ichtiozaur unosi nereidę. Modelką rzeźbiarza musiała być bardzo piękna dziewczyna.

   Na marginesie: czytałem przed przeszło rokiem artykuł, w którym autorka twierdziła, że we wszystkich dziełach sztuki, przedstawiających nimfy, siedzą one na brzegu, a najwyżej moczą w wodzie stopy (por. „O podglądaniu” Krystyny Kibish w nr 1637 „Wiadomości”). To niezupełnie tak: na słynnej płaskorzeźbie Francois Girardona, „Nimfy w kąpieli”, woda sięga im po kolana, a na wielkim malowidle Rubensa „Tryumf Neptuna i Amfidryty”, dwie nimfy zanurzone są w morzu powyżej pasa.

   Ale co to ma wspólnego z głównym tematem? A to że prawie zawsze na obrazach renesansowych i barokowych mistrzów, przedstawiających sceny mitologiczne, znajdujemy co najmniej jakąś aluzję do winnej łozy, a więc w formie pośredniej także do Bachusa. To samo – w starożytności. Jeden z fresków pompejańskich przedstawia hołd, złożony przez centaurów u stóp Hipodamii w dniu jej zaślubin. Wśród przyniesionych darów znajdował się kosz z winogronami. Każde greckie i rzymskie dziecko wiedziało ze podczas uczty weselnej jeden z centaurów upijał się i – zachwycony uroda Hipodamii – próbował ja porwać w niedwuznacznym celu. W wyniku nieudanego raptu doszło do zbrojnej walki, w której centaurowi ponieśli straszliwą klęskę. Oto do czego już w tamtych zamierzchłych czasach doprowadzało nadużywanie wina!

   A teraz coś z naszej historii narodowej. Jak wiadomo, w chwili wybuch powstania Bohdana Chmielnickiego (przeskakuję przez jakieś trzy tysiące lat) wielkim hetmanem koronnym był Mikołaj Potocki. Jeżeli wierzyć historykom, chodził on piany od rana do nocy. Przeprasza – nie chodził, raczej stał. Pijał z reguły na stojąco, twierdząc, że w takiej postawie mieści się w nim więcej wina, bo łatwiej spływa do nóg. Nic dziwnego, że zlekceważywszy groźne wieści, nadchodzące od Siczy, wysłał syna na czele nielicznewino2j dywizyjni na pewną zgubę (Żółte Wody), a potem przegrał sromotnie bitwę pod Korsuniem. Chmielnicki także za kołnierz nie wylewał, ale w decydujących chwilach bywał, wbrew Sienkiewiczowi, trzeźwy.

   A propos wylewania nie tyle za kołnierz, co do butów… Wynalazcą tego zwyczaju, skądinąd niebyt honorowego, był pewien Hiszpan, o którym zaraz opowiem. Ale przedtem przypomnę jeden z najciekawszych mitów greckich, którego bohaterem był właśnie Bachus. Wybrał się on swoim zwyczajem kolejną podróż, tym razem – drogą morską. Napadli na niego piraci, a widząc dorodnego młodzieńca zakuli go w kajdany, w tej nadziei, że na targowisku niewolników będą mogli jeńca z korzyścią sprzedać. Nieszczęśni, nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Bachus skinął, kajdany z niego natychmiast opadły, z okładu wyrosła winna łoza i, oplótłszy maszt i żagiel, sparaliżowała ruchy statku. Przerażeni piraci powyskakiwali do morza i zmienili się w delfiny. Czy delfiny żyjące w Morzu Śródziemnym wiedza o swoim pochodzeniu? Raczej wątpię. Chociaż – a nuż ktoś ich poinformował…!

   Wracam do Hiszpana, który wynalazł brzydki zwyczaj wylewania wina do butów. Swego czasu kwitła w Hiszpanii powieść, która przeszła do historii literatury pod nazwą „łotrzykowskiej” (picaresca). Protagonista powieści, wydanej anonimowo w Antwerpii, w r. 1646 („Życie i przygody Estebanillo Gonzaleza człeka o żywym dowcipie przez niego samego opisane”. Autor nieznany, wiadomo tylko o nim że na starość osiadł w Neapolu i tam umarł.) Estebanillo Gonzalez, zwiedza prawie całą Europę i w swoich peregrynacjach zawadza także o Polskę. W Krakowie spotyka się w karczmie z kilkoma szlachciurami i idzie z nimi o gruby zakład: kto kogo przepije? Nieświadom polskich obyczajów, sądzi, że zakład wygra bez wysiłku, bo przecież w takim oddalonym, „barbarzyńskim” kraju na pewno ludzie wina nie pijają.

R_040266_EstebanilloGonzalez   Po pierwszym wypróżnionym dzbanie zdaje sobie sprawę, że był w grubym błędzie; panowie szlachta wychylają puchar po pucharze. Estebanillo zaczyna już mieć, jak to mawiano w Warszawie, „łeb na gumce”, a oni piją, jakby nigdy nic. Hiszpański obieżyświat wytęża umysł, jak się z tej sytuacji wykręcić. Ma na sobie szwedzkie, koliste buty, nie przylegające do łydki, i co drugi puchar wylewa do cholewy. Już wypełnił jeden but, wlewa wino do drugiego, aż wreszcie lojalnie wypróżniający kolejne puchary komilitoni jeden po drugim staczają się pod stół; łotrzyk wygrywa zakład w ostatniej chwili, gdy już miał buty wypełnione winem po brzegi. Ten nie był pijakiem godnym Bachusa, raczej mógłby powołać się na patrona złodziejaszków, Merkurego. Jeśli się nie mylę, był to pierwszy polonik w klasycznej literaturze hiszpańskiej.

   Już wspomniałem o prawdziwym zalewie tematyki mitologicznej w malarstwie europejskim, poczynając od słynnej szkoły w Fontainebleau, a na pseudoklasykach i preromantykach francuskich kończąc. W tym potężnym nurcie ikonografia Bachusa zajmuje poczesne miejsce. Na czoło wysunąłbym bodaj „Tryumf Bachusa” (albo „Pijący”) Diego Velasqueza, niezliczone obrazy Rubensa. Zwłaszcza lubującego się w przedstawianiu zalanych sylenów o otoczeniu szalejących faunów i bachtanek, wreszcie Holendrów tegoż okresu (Jordeans i inni). Z obrazów przedstawiających „Gody w Kanie Galilejskiej” można by skompletować całą galerię.

   Literatura nie pozostała w tyle. Starożytność przekazała nam ogromną ilość anakreontyków. W dawnej Polsce poezja bachiczna również nie była rzadkością, włącznie z Dwudziestoleciem Niepodległości („Sokrates tańczący” i „Syna poetowego narodziny” Tuwima, „Wiosna i wino” Wierzyńskiego że powołam się na przykłady najbardziej znane). Był w Lublinie doskonale zapowiadający się poeta. Konrad Bielski (z grupy „Reflektor”), który po kilku latach i ukończeniu prawa zakopał się na głębokiej prowincji i, niestety, przestał pisać. Otóż za młodu Bielski wsławił się „Odą”, kończącą się niezmiernie efektowną pochwałą pijaństwa:

„W Paryżu Wezuwiusze szampana tryskają w górę,
Na Ukrainie piją spirytus i politurę,
Po dwóch butelkach Murzyn jest przyjacielem Anglika,
Jeden jest duch alkoholu od zwrotnika do zwrotnika…
O, najpiękniejsza z chorób, biała gorączko!”

   Już cytowałem przy innej okazji „Odę” Bielskiego, ale to było dawno i czytelnicy zapewne jej nie pamiętają. A warto, idąc za Gałczyńskim, „ocalić ten wiersz od zapomnienia”. Spirytus i politura na pewno nie przypadły do gustu podniebieniu Dionizosa, syna Zeusowego. Szampan także w owych czasach nie był znany. Piwo – owszem, ale w Grecji i Rzymie prawie go nie pijano, to tez Muzy milczały na jego temat. W poezji ludowej krajów słowiańskich piwo zasłużyło na niejedną pochwałę, lub naganę, zależnie od okoliczności(„Gdybyś ty, chmielu, na tyczki nie lazł!”. Niemcy, choć zawołani piwosze, wysuwają wino na pierwsze miejsce: „Wein nach Bier trinkenwir. Bier nach Wein trink nut Schwein!”

   Ale dość! Dionizos-Bachus zalecał umiar, więc nie wlewajmy do tego „worka” zbyt wielkiej ilości alkoholu!

 Józef Łobodowski

(438)

No comments yet.

Dodaj komentarz